Tomasz Kozioł

(Pop)kultura osobista

Najświeższe teksty

Aliens vs Predator i kwestia multi

A

Właśnie zacząłem testować AVP. Jako że zlecenie jest przede wszystkim na recenzję multi, to zacząłem od tego trybu. Początkowo czułem się strasznie pogubiony, ponieważ w pierwszej potyczce przydzieliło mi rolę predatora, a w drugiej – obcego. A że serii nie znam, to nie wiedziałem, co robić – biegałem dosłownie jak dziecko we mgle.  Ale jak się ogarnąłem i sprawdziłem rozkład klawiszy, rundy kończyłem w połowie stawki lub nawet trochę powyżej, więc nie było źle.

Samo multi jest naprawdę przyjemne. Nie wiem, czemu średnia ocen w necie wynosi 66%. Jakiś czarny PR czy jak? Czytałem kilka tekstów i wychodzi na to, że gra jest piętnowana za słabego single’a. To czemu ocena nie jest podnoszona za dobre mutli? Gdyby tak podejść do Modern Warfare 2, tytuł zasługiwałbym na – maksymalnie – 7/10, ponieważ kampania dla jednego gracza jest naprawdę marna. (więcej…)

Need for Speed: Shift – Quo vadis, NFS?

N

Historia serii Need For Speed jest cokolwiek sinusoidalna, rzekłbym. Początki sagi były zręcznościowe, ale trzymały się jakichś ogólno przyjętych przez naukowców praw fizyki. Edycja Porshe zjadała zaś niedzielnych kierowców na śniadanie. Później nastały czasy dresiarstwa. Świetnie sprzedającego się dresiarstwa, trzeba nadmienić. Były Undergroundy, Most Wantedy i Carbony. Wtedy EA uznało, że chyba trzeba zrobić typowe „back to basics” – to był ten dzień, kiedy prasa przejechała się walcem po średnio udanym ProStreecie. Developerzy uznali, że chyba jednak nie tędy droga i wrócili do korzeni znacznie bliższych niż zamknięte tory. Innymi słowy znów wyjechali na ulice miast, zrywając z realizmem i dodając szczyptę panów w szelestach. Prasa ponownie wytoczyła swój walec i Undercovera, bo tak się ta część nazywała, zrównała z ziemią jeszcze bardziej. Mieliśmy do czynienia z najgorszą częścią Need For Speeda od początków serii. W tym roku zaś… cóż, znów zamknięte tory, legalne wyścigi i dresiarstwo na banicji. Powstaje podstawowe pytanie… (więcej…)

Fable II: Knothole Island – Tak dobra gra, tak słaby dodatek…

F

Fable II mnie urzekł i porwał. Gdy zobaczyłem napisy końcowe po 24 godzinach gry, naprawdę żałowałem, że tę przygodę mam już niestety za sobą. Po kilku miesiącach od premiery pojawiło się jednak światełko w tunelu, czyli obiecane przez twórców pierwsze DLC. Tytuł „Knothole Island” sugerował nową miejscówkę i jeszcze nowszą przygodę. I w sumie to właśnie przyniósł, tylko że w skali mikro… (więcej…)

Sam & Max: Beyond Time and Space – W oparach absurdu

S

Sam&Max to seria dobrze znana graczom PeCetowym. Postrzelony duet zająca-socjopaty i wyluzowanego na swój unikalny sposób owczarka niemieckiego zapada w pamięć. Nie tylko ze względu na nietypowy wizerunek, ale też naprawdę pokręcone poczucie humoru. Jakiś czas temu pierwszy sezon, składający się z pięciu przygód, trafiła na XBLA pod nazwą Save the World i został bardzo ciepło przyjęty. Teraz przyszła pora na kolejną serię pięciu detektywistycznych zagadek do rozwiązania, tym razem o zbiorczej nazwie Beyond Time and Space. (więcej…)

Defense Grid The Awakening – Jak narkotyk

D

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu grać w produkcje typu tower defence. Kilka pól, na których możemy stawiać własne wieżyczki, jakiś skarb, którego musimy bronić, oraz – rzecz jasna – cała plejada maszkar, które do owego skarbu chcą się nam dobrać. Nic szczególnie atrakcyjnego. Zabawa dobra na maksymalnie kwadrans, po którym pozostaje już tylko nuda. Jak się jednak ostatnio przekonałem, można z gatunku tower defence wycisnąć nie tylko siódme, ale i piętnaste poty, tworząc tym samym grę uzależniającą nie gorzej od niejednej używki. Tak powstało Defense Grid: The Awakening. (więcej…)

Cogs – Zębata łamigłówka

C

Mam słabość do gier logicznych i zawsze z otwartymi ramionami przyjmuje wszelkie próby zrobienia czegoś bardziej oryginalnego od powielania starych hitów. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nawiązuje do kultowego The Incredible Machines, ale to jedynie złudzenie. W rzeczywistości jest bardzo ciekawie pomyślaną produkcją z wyraźnym powiewem świeżości. W sam raz dla wszystkich fanów przeciążania zwojów mózgowych. (więcej…)

Dary, Ursula Le Guin – wrażenia z lektury

D

Swoją przygodę z pracami Ursuli Le Guin zacząłem od klasycznego cyklu “Czarnoksiężnik z Archipelagu”. Przyznaję się bez bicia, że mnie nie zachwycił, choć na pewno był na swój sposób intrygujący. Postanowiłem jednak podejść do dorobku Le Guin od drugiej strony – przeczytać którąś ze znacznie świeższych powieści. Padło na “Dary” z roku 2004. Miałem szczęście, że spróbowałem jeszcze raz.

Warto dodać, że za “Dary” wziąłem się zaraz po wątpliwej przyjemności czytania “Homo bimbrownikus” Andrzeja Pilipiuka. Kontrast jest wręcz trudny do opisania. Z jednej strony wręcz prostacka grafomania, a z drugiej kilkudziesięcioletnie doświadczenie, lekkość, kunszt głębsza myśl. Czysta przyjemność z lektury. (więcej…)

Homo bimbrownikus, Andrzej Pilipuk – wrażenia z lektury

H

Jak informuje nas napis na okładce, Jakub Wędrowycz jest “polską odpowiedzią na Conana Barbarzyńcę”. Po zakończeniu przygody z “Homo bimbrownikus” aż chciałoby się napisać “jaki naród, taki Conan”…

Kiedyś naprawdę lubiłem czytać przygody Jakub Wędrowcza. Owszem, były głupie, ale w ten zabawny, często nawet błyskotliwy sposób. A przynajmniej tak mi się wydawało, może gdybym teraz się z nimi zetknął, już bym tak nie uważał. Ciężko stwierdzić. Ale swego czasu, piąty tom – “Wieszać każdy może” – również wydawał mi się satysfakcjonujący. Natomiast “Homo bimbrownikus” był już drogą przez mękę.
O Pilipiuku często i raczej w żartobliwym tonie mówi się, iż jest “największym grafomanem Polski”. Niestety, wraz z lekturą kolejnych jego zbiorów i powieści coraz częściej miałem wrażenie, że w owym stwierdzeniu jest znacznie więcej prawy, niż chciałby zapewne sam zainteresowany. “Oko jelenia” ominąłem już szerokim łukiem, ale szóstemu tomowi przygód Wędrowycza postanowiłem jeszcze dać szansę. (więcej…)

Risen – Gothic, po prostu

R

Na xboxowym Risenie internetowe społeczności i serwisy branżowe zdążyły powiesić już tyle psów, że nie jedną budkę z kebabami można byłoby na rok czy dwa za to ustawić. Z relacji wiedziałem również, że wersja na PeCeta to cud, miód, Gothic 4. Cóż więc mi pozostało innego, jak nie masochistyczne wyposażenie się w wersję na konsolę Microsoftu i osobiste sprawdzenie, co też zostało tak dokumentnie skopane. Jak wrażenia po ponad 30 godzinach gry? Przekonajcie się sami! (więcej…)

Wilcza krew, smoczy ogień, Romuald Pawlak – recenzja

W

Łączenie motywów fantastycznych z faktami historycznymi to popularny motor napędowy wielu powieści i zbiorów opowiadań. Najczęściej autorzy w ten sposób próbują albo wytłumaczyć niejasności, które kronikarze starali się przemilczeć, albo wręcz tworzą alternatywną drogę rozwoju wydarzeń. Wystarczy chociażby wspomnieć Szczepana Twardocha i jego “Obłęd rotmistrza von Egern” (typ pierwszy), bądź Jacka Piekarę ze swoją “Przenajświętszą Rzeczpospolitą” (typ drugi). Romuald Pawlak wymierzył zbiorem “Wilcza krew, smoczy ogień” dokładnie w sedno pierwszej ze wspomnianych kategorii i spróbował odkryć przed czytelnikami jedną z możliwych prawd, kryjących się za kurtyną historii.

Niestety, o ile Pawlakowi udało się sprostać założeniom opowiadań quasi-historycznych, o tyle od strony suspensu jest już znacznie gorzej. Za przykład podam otwierającą zbiorek “Armię ślepców”. Wprowadzeniem do tej historii stała się przytoczona we wstępie prawdziwa anegdota, która… w stu procentach zdradza nie tylko rozwinięcie fabuły, ale i jej zakończenie. Jak się zapewne domyślacie, o jakimkolwiek zaskoczeniu nie może być w tym wypadku mowy. Całe szczęście, jest to jedyny aż tak dramatyczny przykład – reszta wprowadzeń nie odkrywa już całej zawartości opowiadań, a… tylko jej część. No cóż…

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze