Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Adrenalina

A

Jeśli macie ochotę, możecie poczytać o historii powstania tego opowiadania oraz o “Dniu, w którym Robert Małecki powiedział mi, że mam dryg do pisania. :-] Miłej lekutry!

***

Drzwi otworzyły się z hukiem. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna, który przed chwilę wymierzył silne kopnięcie pod sam zamek. Stąpał ostrożnie, celując powalaczem w kobietę kucającą nad nagim nieboszczykiem.

-Ręce do góry, odsuń się od denata.

-Ale ty wiesz, że było otwarte, nie? – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od ciała. – Te drzwi coś ci zrobiły?

-Powiedziałem: ręce do góry. Jeśli zaraz ich nie podniesiesz, to przez dłuższy czas nic nie podniesiesz – machnął powalaczem, podkreślając tym wagę polecenia. Jako że kobieta dalej na niego nie patrzyła, dramatyczny efekt nie został uzyskany.

-Zluzuj porty, jestem po twojej stronie. Jestem detektywem. No, to prawie po tej samej stronie, co policja. Wystarczająco blisko.

-Pokaż odznakę.

-Cholera, ale ty jesteś… – ostatnie słowa przeciągnęła w nieskończoność, grzebiąc lewą dłonią po kieszeniach. – Gdzieś ją miałam. O, tu.

Wyjęła z kieszeni zaciśniętą pięść. Tylko środkowy palec niesfornie odstawał.

-A nie, to nie to – kontynuowała swój monolog, a lewa dłoń wróciła do kieszeni. Prawą ciągle się podpierała w okolicy głowy nieboszczyka. Co chwilę przechylała się to do przodu, to do tyłu, oglądając ciało pod różnymi kątami.

W końcu wyjęła odznakę i wystawiła ją w kierunku mężczyzny, dalej na niego nie patrząc.

– Katarzyna Siennicka, prywatny detektyw o ID 00667 – wydeklamował mężczyzna i opuścił broń.

-Oho, pozytronowy detektyw mi się trafił – Katarzyna zaśmiała się i schowała do kieszeni odznakę, na której widniał tylko herb Warszawy i numer identyfikacyjny. – Co tam masz na mnie w bazie, co?

-Mylisz pojęcia. Pozytronowy detektyw był robotem, u Asimova. Ja nie jestem.

-Ta, ta, jasne, mów co chcesz. Wszystkie dziewczyny tak identyfikujesz na pierwszej randce?

Pierwszy raz obróciła twarz w jego stronę. Przylepiony do jej ust krzywy uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej, gdy zlustrowała swojego rozmówcę od stup do głów.

-Cholera, kolego, jak mówiłam, żebyś porty zluzował, to myślałam, że żartuję! A to poważna sprawa. Naprawdę weź je zluzuj, bo ci to i owo odpadnie.

Mężczyzna był ubrany w cieliste jeansy, uwidaczniające jego szczupłe, ale mocno umięśnione nogi. Na koszulę ze staroświeckim, długim kołnierzykiem miał założoną granatową kamizelkę od trzyczęściowego garnituru. Kropkę nad i stanowiły okulary-lustrzanki, zasłaniające oczy – i pół twarzy przy okazji.

-Skądś ty się urwał, chłopie? Co to, lata 70-te, półtora wieku wstecz? Ja wiem, że moda wraca, ale, cholera, nie ta.

-Tak go znalazłaś? – mężczyzna zignorował docinki Katarzyny i zbliżył się do nieboszczyka leżącego na środku pokoju, na drewnianej klepce. Broń powędrowała na swoje miejsce, do magnetycznej kabury zawieszonej na biodrach, która swoją nowoczesnością kontrastowała z resztą stroju.

-Ech, od razu do rzeczy widzę. Tak, tak go znalazłam. Mógłbyś się chociaż przedstawić albo coś? Ja nie mam skanera w oczach, nie jestem wpięta do bazy i takie tam.

-Przepraszam. Amadeusz Franz Ferdynand, komenda stołeczna policji, starszy aspirant, ID 153552.

Tak jak wcześniej Katarzyna nie odrywała wzroku od denata, tak teraz oczy przywarły jej już na stałe do nowego kolegi po fachu. Była oczarowana sytuacją.

-Amadeusz… Franz… Ferdynand… – przetarła oczy, potarła twarz. – Nikt mi nie uwierzy.

-Rozumiem, że ciała nie ruszałaś – Amadeusz ponownie zignorował słowa Katarzyny i rozejrzał się po pomieszczeniu. – A coś innego dotykałaś?

-Ja wiem, że wy nie przepadacie za prywaciarzami, a my nie przepadamy za wami, ale odrobinę szacunku dla mojego profesjonalizmu mógłbyś mieć. Przyszłam tu z pięć minut przed tobą. Zaraz miałam po was dzwonić, bo wiem, że byście pierdolca dostali, gdybym sama ciało przewróciła albo coś innego zrobiła.

Amadeusz nie zaszczycił zaczepki odpowiedzią. Spłynęła po nim tak, jak wcześniejsza recenzja jego stroju. Mężczyzna stanął na środku ogołoconego z mebli, obdartego z farby pomieszczenia. Zsunął z twarzy lustrzanki i rozejrzał się dookoła, przeczesując wzrokiem każdy centymetr wiekowej klepki i wszystkie rogi pokoju.

-Widzę tu odciski należące przynajmniej do 50 osób. Są wszędzie, w ilościach hurtowych, nawet na ciele, na ile mogę to na szybko ocenić – gdy to mówił, palce zaczęły mu tańczyć w powietrzu. Albo miał drgawki, albo pisał coś na niewidzialnej dla osób trzecich klawiaturze.

Kucnął po przeciwnej stronie Katarzyny i obydwoje wpatrywali się w nagiego nieboszczyka w milczeniu. Amadeusz wyjął z tylnej kieszeni wąski, podłużny przedmiot.

-Co to? Jakiś analizator, w który jesteś wpięty? Sonda analna? A może trepanację mu zrobisz?

-Długopis.

-Co?

-Długopis, zwykły. Lubię czasem coś ręcznie zapisać. – odpowiedział i rozchylił pisakiem powieki ofiary. Nawet przy tej prostej czynności było gołym okiem widać nienaturalną szybkość i precyzję jego ruchów. – Pusto.

-Cholera. Odwrócimy go na plecy? Wiem, że powinniśmy na techników poczekać, ale…

-Ale?

-Powiedzmy, że mam przeczucie.

-Trochę słaby powód do nie czekania na techników.

-Dobra, mam też lepszy – kobieta wyprostowała i wyjęła z tylnej kieszeni spodni kartkę zapakowaną w torebkę strunową. Wyciągnęła ją w kierunku Amadeusza, który też się podniósł z kucek.

-Będziesz następna – odczytał. – Wiesz, że nie powinnaś była tego ruszać, prawda? To dowód w sprawie.

-Oj tam dowód, od razu. Prywatna korespondencja zaadresowana do mnie. Chciałam to później sprawdzić we własnym zakresie. We wtorki traktuję tego typu pogróżki raczej poważnie. A dziś jest wtorek.

-Skąd wiesz, że to do było skierowane do ciebie?

-Ponieważ dostałam dziś anonimowy telefon. Usłyszałam, że pod tym adresem, o tu, czeka na mnie specjalna przesyłka.

-Wiesz kto mógł być… – Amadeusz zawahał się przez chwilę – nadawcą?

-O, lubisz gry słowne! Myślałam, że botom nie programuje się poczucia humoru – detektyw Ferdynand już otwierał usta, by znów powiedzieć, że nie jest robotem, ale Katarzyna powstrzymała go gestem dłoni. – I tak, mam pewne podejrzenia, kto mógł być za to odpowiedzialny. Jeśli przewrócimy tego biedaka na plecy, to może nawet będę mogła ci to potwierdzić.

Amadeusz odpowiedział po chwili milczenia.

-Dobra, możemy odwrócić. Technicy i tak już to są.

-Co?

-Wszystko, co widzę, jest zapisywane i analizowane. To wystarczy, by zaspokoić wymogi formalnego przebiegu procesu.

-Cholera, ale jesteś naszprycowany…

Amadeusz udowodnił już wcześniej, że żadne docinki nie robią na nim wrażenia, a teraz tylko zaprezentował ostateczne potwierdzenie swojej odporności. Złapał denata za ramię i biodra, a następnie przewrócił go powoli na brzuch.

-Osz ty w dupę… – wyszeptała Katarzyna. – W wyobraźni widziałam to inaczej.

-Protokół nur 6543 łamane na DX łamane na 3. Na podstawie oględzin frontu ciała, stwierdziłem u nieboszczyka, Antoniego Paca, nieobecność gałek ocznych i/lub implantów ocznych – Amadeusz ponownie wszedł w ton osoby referującej licealne wypracowanie przed całą klasą. – Po przewróceniu ciała na drugą stronę, odnotowałem kolejne braki. Na wysokości czwartego kręgu szyjnego brakuje połaci skóry o średnicy około 25 centymetrów.

Mężczyzna oparł się lewą dłonią w okolicy głowy denata i zaczął naśladować wcześniejsze zmiany pozycji Katarzyny. Wsunął w długopis w krwawy krater i chwilę nim manipulował z chirurgiczną precyzją.

-Ofiara nie ma kręgów szyjnych, od trzeciego do piątego. Brakuje chipa identyfikacyjno-lokalizacyjnego. Na wysokości krzyża znajdują się kolejne dwie duże rany, jedna po lewej, druga po prawej stronie kręgosłupa. Ofiara została najprawdopodobniej pozbawiona również nerek. Ślady krwi dookoła ciała są niewielkie jak na odniesione obrażenia.

-Pewnie go przewieźli, myślę, że kilka razy – wcięła się Katarzyna, znudzona słuchaniem o rzeczach, które sama widziała.

-Skąd wiesz, że kilka razy? – spytał Amadeusz, pierwszy raz wkładając w swoje słowa jakiekolwiek emocje. Gdyby Katarzyna miała ową subtelną emocję spróbować zidentyfikować, to postawiła by pieniądze na „zaintrygowanie”.

Nie spodziewała się, że taka luźna uwaga może go ruszyć, kiedy wszystkie jej złośliwości spływały po niej, jak po naprawdę tłustej kaczce.

-Patrzę i się domyślam. Wiesz, robota detektywa. Intuicja, takie tam.

-Intuicja, powiadasz? – pokiwał chwilę głową przytakująco i się zamyślił. – Ciekawe.

-Ano, ciekawe. I chyba trafne, sądząc po twojej reakcji. Wozili go po mieście?

-Tak – odpowiedział, prostując się, by spojrzeć na nieboszczyka z innej perspektywy.    – Od momentu, gdy moduł uGPS wrócił do trybu on-line, zaliczył sześć przystanków. Rozpiętość czasowa od pół godziny do kilku godzin. Tu leży godzinę.

-Kradzieże implantów to nie jest moja specjalizacja, ale chyba na ogół nie wyglądają, jak jatka z użyciem tępego tasaka i zębów, nie?

-Tylko w przypadku kompletnej amatorki. Ewentualnie. Ale i to rzadko – Amadeusz wyprostował się i zaczął krążyć po pokoju.

Wszedł do łazienki, rozejrzał się. Podniósł pokrywę ubikacji i kucnął przy niej. Znowu zsunął okulary, kiedy przyglądał się rantom muszli. Z tej perspektywy Katarzyna nie mogła jednak dostrzec jego oczu. Detektyw Franz Ferdynand wyjął z kieszeni torebkę strunową z kilkoma wacikami. Wziął jeden z nich i zaczął nim pocierać wnętrze klozetu. Po chwili podniósł go do oczu i oglądał z każdej strony.

-Krew denata. Ktoś się tu pozbywał materiału genetycznego. Dosłownie go spuścił. A później przetarł ceramikę silną chemią, żeby pozbyć się śladów. Ale zrobił to niedokładnie – ostatnie słowo mocno zaakcentował. Wyjął drugą, pustą strunówkę, i schował do niej wacik.

-Pozbyli się tego, co wycieli. To nie była akcja na organy. Próbowali ukryć to, co naprawdę od niego pobierali.

-Czyli? – w głosie Amadeusza znowu dało się dosłyszeć cień emocji. Siennicka zaczęła podejrzewać, że w jego wydaniu to musiało być szczere, gorące wręcz zainteresowanie.

-Na moje oko, adrenalinę. Widzisz, na Szmulach rzadko kradnie się implanty. Za dużo z tym roboty, uGPS na ogół bruździ itede. Więc poluje się na typów bez chipów, czyli i bez uGPS. Bez żadnych cyfrowych śladów. No, takich jak ja – wypowiadając ostatnie zdanie, Katarzyna oderwała wzrok od denata i przyjrzała się Amadeuszowi. Jej wyznanie nie wzbudziło żadnej reakcji. – A jak już masz kogoś takiego, to nie zabierasz mu nerek. Nerkę możesz wymienić na sztuczną i jest luz. Ale wiesz, czego ludzie mają mało, odkąd zostali zaczipowani i oprogramowani? Adrenaliny.

-Adrenalinę też można wyprodukować sztuczną.

-Ta, można – podchwyciła radośnie Kaśka. – Tylko widzisz, nerka to narząd. A adrenalina… Adrenalina teraz to narkotyk. A naturalna adrenalina to narkotyk dla bogaczy. I na Szmulach kilku lokalnych, nazwijmy to, biznesmenów dobrze o tym wie. Niestety, leżący o tu Antoni Pac nie wiedział o tym, kiedy wybierał się na imprezkę albo zwykłe szlajanie z dreszczykiem. Młodzież tak czasem robi. Szuka niebezpieczeństwa, żeby poczuć, że żyje. A Szmule potrafią dostarczyć takich wrażeń.

-Rozumiem, że to też… intuicja? – przez głos Amadeusza przebrzmiewała narastająca fascynacja.

-A żebyś wiedział. A teraz zobacz tu. Takie ślady już raz widziałam, komuś kiepsko poszło to maskowanie przez szarpanie. Widzisz to nakłucie? – wskazała palcem na ledwie widoczną czerwoną kropkę obok krwawej dziury po lewej nerce. – Miejsce na wpięcia się w biedaka i pobór surowca. Obstawiam, że odstawili tę szopkę z kradzieżą organów, żeby wyglądało na coś pospolitego. No, bardziej pospolitego. Kolejna warstwa mylenia tropów, razem z tymi 50 zestawami odcisków palców. Ale zatrudnili fuszeranta, który później patrzałki spuścił w kiblu.

-Skąd to wszystko wiesz? Chodzi mi adrenalinę i jej… produkcję.

-Badam temat od jakiegoś czasu. Nie uwierzysz, ile osób znika tu i nie wraca. Nie mają czipów, więc po zgłoszeniu zaginięcie niewiele się dzieje z ich sprawami. Poza tym, umówmy się, są ludzie równi i równiejsi. Lokalsi ze Szmul są trochę mniej równi od reszty Warszawy. Ale już kilka razy zostałam zatrudniona do poszukiwania osób zaginionych. Kilka razy trafiłam na ciała, niestety. A znacznie częściej na nic. Ciała zgłaszałam wam i szukałam dalej. Podzieliłam się kiedyś swoimi podejrzeniami. I co mam powiedzieć? Zostały odnotowane, i tyle. Nie miałam żadnych twardych dowodów wtedy. Teraz mam kilka poszlak i… chyba nacisnęłam komuś na odcisku.

-Dlatego dostałaś cynk o tym ciele?

-Tak.

-Boisz się?

-Co?

-Pytam się, czy się boisz – przez głos Amadeusza przebijał się cień szczerego zainteresowania. – Zagrozili ci śmiercią i przy okazji dali dosyć obrazowy dowód na to, co mogą zrobić.

-Wiesz, jak się wykonuje taką robotę, to w końcu można podpaść tym czy owym. Co mam ci powiedzieć.

Na pewno nie zamierzam ci mówić prawdy. Że boję się jak cholera – pomyślała, na powierzchni dalej robiąc dobrą minę do złej gry.

Z Amadeusza ciężko było czytać jakiekolwiek emocje, przez co nie wyglądał, jakby zamierzał kwestionować to, co usłyszał.

-Przyjechałem tu, żeby odnaleźć zaginionego chłopaka – powiedział po chwili przerwy. – Wygląda na to, że ten etap dochodzenia mam za sobą, więc…

-Więc pora iść do domu i wyciągnąć wygodnie nogi, nie? Dobrze wykonana robota, może piwko odpalisz – przerwała mu Katarzyna, ponownie pochylając się nad zwłokami i oglądając rany.

-Więc… – wrócił do swojego ciągu myślowego Amadeusz, po raz pierwszy mocniej akcentując jakiekolwiek słowo w obecności Katarzyny. – Więc pora przejść do dorwania osoby odpowiedzialnej za tę rzeźnię. A ty wiesz wyraźnie więcej na ten temat niż ja. Widziałem to nakłucie na skórze, ale nie pasowało mi do niczego, co mam w bazie. A dzięki tobie już mamy trop.

Siennicka zamieniła się w kucający posąg. Ważyła słowa, które właśnie usłyszała.

-Jestem taką straszną mendą dla ciebie, a ty prosisz o moją pomoc w tej sprawie? Prywatnego detektywa? Czemu?

-Ponieważ u moich stup leży martwy dzieciak – detektyw Ferdynand wzruszył ramionami. – Muszę mieć inne argumenty?

-Cholera, jesteś do tego świętszy od papieża – zaśmiała się Katarzyna i wstała. Strzepnęła odrętwienie z ciała i powiedziała z nową energią. – Jeśli chcemy ich dorwać teraz, to mamy według mnie jeden strzał. I musimy działać szybko, cholernie szybko. Na bank zwijają właśnie interes, gdziekolwiek są.

Nie przerywając wywodu, zdjęła swój szary, prosty płaszcz, ukrywający równie proste, kiedyś czarne spodnie i wpuszczoną za pas luźną koszulkę, koloru śmieci z popielniczki. Przykryła Antoniego Paca i spojrzała prosto w nieprzeniknione lustrzanki Amadeusza.

-Nie chcę go tak zostawiać, ale naprawdę nie mamy czasu do stracenia – po raz pierwszy powiedziała coś poważnie, bez cienia żartu w głosie. – Wezwiesz kogoś do niego?

-Już tu jadą.

-Fajne masz te bajery, ale ja jednak zawsze wolałam dzwonić – powaga zniknęła z jej głosu bez śladu, zastąpiona przez łobuzerski ton. – Idziemy!

***

Po efektownym wejściu Amadeusza do pomieszczenia, drzwi nie dało się zatrzasnąć. Detektyw Ferdynand przymknął je najdokładniej, jak potrafił, i ruszył po schodach za Siennicką.

-Jak długo nasz nieszczęśnik przebywał w miejscu, które jako pierwsze zostało złapane przez satelitę?

-Ułamek chwili.

-OK, chłopak był w ruchu, kiedy narzędzie maskujące sygnał uGPS padło. Zakładam, że użył takiego dyngsa, żeby móc sobie pospacerować w spokoju. Dlatego też nie wykryli od niego sygnału, kiedy go porwali. Musieli być przekonani, że jest czysty. Możemy założyć, że był już wtedy porwany i pewnie leżał w jakimś bagażniku. Skoro był w ruchu, to znaczy, że narzędzie maskujące nie wysiadło od razu na miejscu porwania, tylko jakiś czas później – myślała na głos Siennicka, zbiegając po kolejnych półpiętrach.

-Czyli nie ustalimy samego miejsca porwania, przynajmniej nie w tej chwili – rzucił za nią Amadeusz, pokonując kilka schodów jednym dokładnie wymierzonym susem.

-Dokładnie. Ile trwał pierwszy przystanek i gdzie był?

-Róg Kosmowskiej i Grodzieńskiej, czas trwania 14 minut, 37 sekund.

-OK, znam to miejsce. Najlepszy kebs na Szmulach. Pewnie pojechał coś szamnąć po dobrze wykonanym porwaniu, debil. Czas postoju się zgadza. Zawsze czekam tam na kurczaka na cienkim 14 minut. Na grubym potrzebują dodatkowych 37 sekund.

-Sam też mam ochotę omówić statystyczny czas oczekiwania na zamówienie, ale to spowalnia analizę – zauważył Amadeusz, wypadając za Katarzyną przez otwarte drzwi wejściowe kamienicznej klatki schodowej.

-Dobra, dobra… Masz rację, sorry – przyznała niechętnie Siennicka. – Tak już mam.

-Co ty nie powiesz.

Zaskoczona Siennicka, spojrzała szybko przez ramię i zobaczyła lekko uniesione kąciki ust Franza Ferdynanda. W jego wydaniu to musiał być uśmiech od ucha do ucha.

-Cholera, widzę, że nawet poczucie humoru ci zaprogramowali.

-Sam sobie zaprogramowałem, sieć nieuronowa. Nauczyłem się, analizując seriale i filmy z przełomu wieków.

Katarzyna mogłaby przysiąc, że kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej, co wcześniej wydawało się niemożliwością.

-I kto tu teraz czas marnuje? Jak wygląda sytuacja z następnymi miejscami postoju?

-Postój we wszystkich następnych miejsca trwał między godzinę a dwie. Antoni Pac albo jego ciało, zmieniło lokalizację cztery razy przez osiem godzin, z krótkimi przejazdami pomiędzy – wydeklamował, podchodząc do drzwi pasażera zaparkowanej przed kamienicą Dacii.

-Ty cholero, nawet sprawdziłeś w bazie, czym jeżdżę?

-Zawsze sprawdzam wszystko, co da się sprawdzić – odpowiedział i wsiadł do wozu, gdy Katarzyna odblokowała zamek odciskiem palca.

***

Siennicka nie włączyła się do ruchu z piskiem opon. To ruch dostosował się do niej, też z piskiem opon. Zaczęła chyżo przemykać między starymi kamienicami z kompozytowymi nadbudówkami mieszkalnymi, które dodawały im kolejnych dziesięć pięter, bez windy.

-Mogłaś spowodować wypadek – może miało to brzmieć jak wyrzut, ale Katarzyna przysięgłaby się, że słyszała specyficzny rodzaj radości w głosie Amadeusza.

-E tam, widziałam, że się zmieszczę – skwitowała. – Musimy szybko ustalić, gdzie jedziemy. Mamy jeden strzał.

-Pierwsze miejsce, to fabryka wódki przy Ząbkowskiej. Drugie to budynek przy Zachariasza, tam jest lombard. Trzecia jest przychodnia przy Łochowskiej, budynek dawnej fabryki, a na końcu listy stoi wysypisko na Koziej Górce. To już formalnie nie Szmule. Piątym miejscem jest kamienica, w której się spotkaliśmy.

-Mhm, znam te miejsca. Przy każdym kręcą się adekwatnie podłe typki do różnych ciemnych prac. Zostały wybrane nieprzypadkowo – każde miało pasować na pierwszy rzut oka.

-Według mnie, pierwsza lokalizacja odpada – zauważył Amadeusz, unikając równocześnie uderzenia głową w schowek samochodu po ostrym hamowaniu Siennickiej na czerwonym świetle.

-Czemu? – zapytała, wpatrując się w sygnalizator. Najwyraźniej próbowała zmienić na zielone samą siłą woli.

-Brakuje charakterystycznych przemieszczeń uGPS. Ta technologia pozwala określić lokalizację z niesamowitą precyzją. A w przypadku pierwszej lokalizacji nie mam wątpliwości, że Antoni Pac się nie przemieścił z samochodu do budynku. W kolejnych już tak.

-Niezłe! – pokiwała Katarzyna i nawróciła z piskiem opon w miejscu przeznaczonym do wszystkich manewrów poza tym jednym.

Amadeusz zrozumiał, że jechała do pierwszego miejsca z listy i po wykreśleniu go z możliwych opcji, natychmiast zmieniła trasę. Gdy zdecydują się, gdzie uderzyć, będą już praktycznie na miejscu.

-Żadnego z kolejnych trzech miejsc nie jestem w stanie na tej podstawie wykluczyć. Prawdopodobieństwo, że pierwsze z nich jest poprawnym trafem szacuję na 53%, następne dwa najprawdopodobniej stanowią próbę kamuflażu. Drugie miejsce szacuję na 30% i trzecie na raptem 17%.

-Jesteś dziwakiem – powiedziała Katarzyna, patrząc na Amadeusza, zamiast na drogę, którą właśnie jechała pod prąd.

-Statystyka mówi, że masz rację.

-OK, 53% to fajnie, ale to nadal nie jest pewniak. Nie chcę tego tak spalić, musimy podkręcić nasze szanse.

Siennicka szarpnęła kierownicą w lewo i skręciła przez dwa pasy w ślepą uliczkę przy osiedlu. Stanęła obok kontenera na śmieci i oparła głowę o kierownicę.

-Myśl, Kaśka, myśl – szeptała do siebie. – Powiedz, rodzice chcieli, żebyś był muzykiem, nie?

-Co? – Amadeusz pierwszy raz został szczerze zbity z tropu. – Naprawdę cię to teraz interesuje?

-Tak już mam. Czasem, jak rzucę się na inny temat, to mój mózg się odblokowuje z głównym problemem. Twoi starzy musieli być szczęśliwi, jak zostałeś gliną, nie? Wpakowali pewnie dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy w te implanty… Cholera, serio, takiej klasy to jeszcze osobiście w życiu nie widziałam. Awaryjnie pewnie mógłbyś zostać lekarzem, jakimś super chirurgiem… Z tymi palcami i patrzałkami, i podłączeniem do bazy, i sterownikami hormonów… Suszą ci głowę ciągle o to?

-Musieliby chcieć mnie widzieć, żeby suszyć mi głowę.

Katarzynę zaskoczyła szczerość tej odpowiedzi. Nie mogła się powstrzymać od drążenia tematu.

-To czemu glina? Serio, mógłbyś robić cokolwiek? Tak ci ta muzyka przeszkadzała? A może nie tylko Antoni Pac szukał dreszczyku emocji, żeby poczuć, że żyje?

-Muzyka mi nie przeszkadzała… – mruknął. – I, widzisz, w tym rzecz, muzyka powinna budzić emocje. Przynajmniej tak wynika z… cóż, wszystkiego, do czego jestem podłączony. Potrafiłem zagrać wszystko, ale nic mnie nie ruszało. Nawet nie przeszkadzało… A ja chciałem w końcu coś poczuć. I tak jakoś wyszło…

-Mam! – krzyknęła nagle Siennicka, wpadając w słowo Amadeuszowi. -Możesz sprawdzić połączenia z moim telefonem?

-Jasne. – detektyw Ferdynand zająknął się. Zamilkł na chwilę, na twarzy miał niewyraźny grymas, gdzieś między uśmiechem a kompletnym zagubieniem w ciemności. Wziął głęboki oddech i zatańczył palcami w powietrzu, pisząc po klawiaturze, którą tylko on widział. W końcu zapytał: – Które cię interesuje?

Katarzyna stuknęła w zegarek kilka razy i rzuciła okiem na wyświetloną listę.

-Dziś z dokładnie 15:43, nieznany dla mnie numer. To z niego dostałam cynk. Pewnie już spalony, ale…

-Potwierdzam, spalony. Został wylogowany z sieci 3 sekundy po zakończeniu rozmowy z tobą, ale…

-Co?

-Poczekaj, przeglądam nagrania z kamer – ostatnie słowo Amadeusz przeciągnął w zamilczeniu i zamilkł na chwilę. – Mam! Gość był nieostrożny, dzwonił, stojąc… No tak, pod kebabem. Czy wszyscy gangsterzy ze Szmul tam jedzą?

-Nie myślałam o tym, ale to możliwe. Wiesz, kto to?

-Arkadiusz Kobielski. Coś ci to mówi?

-Nic, jajco. Możesz mi pokazać? Może z ryja poznam.

Amadeusz mruknął potwierdzająco i stuknął dwa razy w rękaw koszuli. Materiał zesztywniał i zamienił się wyświetlacz o przekątnej może dziesięciu cali.

-Cholera, niby taka oldschoolowa koszula… Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.  

Detektyw Ferdynand przekręcił rękę w kierunku Katarzyny i pokazał wyświetloną na rękawie twarz.

-Nie znam dziada, cholera. Czyli to nie jest per se osoba, której nadepnęłam na odcisk, tylko ktoś wynajęty. Co masz na niego?

-Wszystko. Napady, kradzieże, upijanie się w miejscach publicznych. Dużo tego, ale sama drobnica. Na handlu organami albo ekskluzywnymi narkotykami nikt go jeszcze nie przyłapał.

-Myśl, Kaśka, myśl – Katarzyna znów zaczęła się intensywniej bujać w fotelu.

-Chcesz pogadać o moim dzieciństwie? To najwyraźniej ci pomaga.

Nie pierwszy raz tego dnia Siennicka została zaskoczona przez swojego partnera z przypadku. Zaśmiała się w głos i odpowiedziała, lekko się krztusząc:

-A co, chcesz opowiedzieć, o…

-Poczekaj, mam! – tym razem Amadeusz wpadł jej w słowo, po raz pierwszy podnosząc głos. – Mam już pełną analizę odcisków palców. Wcześniej posiadałem tylko pobieżny przegląd. Wszyscy właściciele znalezionych odcisków są nienotowani, ale… Jeden zestaw składa się tylko z pięciu odcisków, cała dłoń. Na drzwiach wejściowych. Jest możliwe, i mówimy tu o niskich procentach, że te nie są podrzucone.

-Cholera, myślisz, że ten leszcz pchnął drzwi przed założeniem rękawic.

-Mhm – mruknął Amadeusz. Na jego rękawie wyświetliła się kolejna twarz – to Wojciech Chrzanowski, pracuje jako kurier. Legalny, normalny kurier.

-Nic mi to ryło nie mówi… Równie dobrze, jego odciski mogą być podłożone… Tak samo, jak reszta… – mruczała pod nosem tylko na tyle głośno, by Amadeusz mógł ją dosłyszeć. – Sprawdź, czy ma jakieś punkty styku moim cichym wielbicielem, Arkadiuszem Kobielskim.

Palce Amadeusza zaczęły fruwać. Kilka razy zatrzymywał się na uderzenie serca czy dwa, by po chwili wznowić swoje poszukiwania.

-Mam. Chrzanowski wpłacał kaucję za Kobielskiego… Raz… Dwa… Trzy razy. Musi być niskopoziomowym chłopcem na posyłki. Jest przydatny, póki ma czyste akta, ponieważ nie zwraca się na niego uwagi.

-Ciekawe, czemu mu dali robotę z naszym nieboszczykiem. Albo im się zapaliło pod tyłkiem bardzo niż myślimy przez ten uGPS, albo gość chciał awansować i się wykazać. I był akurat pod ręką… Wiem, możesz sprawdzić, do jakich samochodów się logował w naszym oknie czasowym? I pokryć to z trasą wytyczoną przez uGPS nieboszczyka?

-Mogę – potwierdził detektyw Ferdynand. Powietrznemu tańcowi palców wydawało się nie być końca. – Dobry strzał, pani detektyw.

Na te słowa Katarzyna ruszyła z piskiem opon.

-Gdzie?

-Przychodnia, trzecie miejsce na naszej liście. Antoni Pac musiał znajdować się w tym budynku, a później został przeniesiony do samochodu Chrzanowskiego. Oczywiście, jest szansa, że to wszystko nadal jest zasłoną dymną, ale…

-Ale wygląda na to, że wykryli nadawany sygnał uGPS i szybko załatwili kuriera. Najpierw pojechał na Kozią Górkę, tam się chwilę pokręcił, żeby zmylić ślady. Albo nawet tam pozorowali kradzież implantów, kto wie A później podrzucili trupa do kamienicy. I jeszcze mnie napuścili na to miejsce, pewnie żeby bardziej namieszać. Ale nie przewidzieli takiego kosiora, jak ty, cholernego terminatora połączonego bezpośrednio z matrixem – na końcu już prawie krzyczała, nie mogąc powstrzymać własnego nakręcenia.  

-Widzę, że nie tylko ja lubię starocie.

-Nie, ale ty się gorzej z tym ukrywasz – podsumowała Katarzyna, wchodząc w zakręt na ręcznym. 

***

Siennicka zatrzymała się z piskiem opon dwieście metrów od prywatnej przychodni przy Łochowskiej. Kompozytowy śmietnik nie uciekał wystarczająco szybko i został potrącony. Katarzyna odpięła pas i sięgnęła pod fotel. Wyjęła niedużą, metalową walizkę, którą podała Amadeuszowi.

-Musisz mieć coś bardziej szybkostrzelnego od swojego powalacza.

-Jeszcze nie otworzyłem, a już wiem, że to nielegalne.

-Statystyka ci to podpowiada?

-Tym razem mój własny, zdrowy rozsądek – powiedział i patrzył, jak Katarzyna odblokowuje zamek swoim odciskiem palca. Uchylił wieko walizki i zobaczył dwa Glocki, klasyczne, na ostrą amunicję. Pochodziły pewnie z połowy wieku, kiedy jeszcze produkowano – przynajmniej legalnie – takie rodzaje broni.

Katarzyna nie mogła się oprzeć wrażeniu, że Amadeusza zaczęły świerzbić palce. Dobrze się z tym krył, ale… zdawał się dobrze bawić. Takie emocje nie były chyba czymś, co mu się często przytrafiało.

W ogóle emocje mu się chyba rzadko przytrafiały. Pieprzone implanty… – pomyślała.

Amadeusz chwycił obydwa pistolety i kilka magazynków, po czym wysiadł z samochodu.

-Ej, ej, jeden dla mnie! – krzyknęła za nim Siennicka.

-Mogę strzelać efektywnie z dwóch broni na raz.

Odczepił powalacz od magnetycznej kabury i na jego miejscu przymocował pierwszego z Glocków, już załadowanego. Drugi trafił nad pośladki, za pasek w spodniach. Amadeusz pomachał chwilę palcami w powietrzu i podał powalacz Katarzynie.

-Jest przeprogramowany na ciebie, możesz go odblokować swoim odciskiem dłoni. Jeśli będzie taka potrzeba, będziesz mnie osłaniała.

-Kiedy się zrobiłeś taki władczy?

Detektyw Ferdynand uśmiechnął się lekko samym kątem ust i bez słowa ruszył w kierunku wejścia do przychodni.

***

Para detektywów podeszła do stanowiska recepcji na parterze przychodni.

-Dzień dobry – zaczęła Katarzyna.

-Kolejka jest tam – mruknęła kobieta, kiwając głową w kierunku krzeseł stojących pod ścianą. W poczekalni nie było żywej duszy.

Miejsce wyglądało jak z powieści o podróży w czasie, musiało się zatrzymać w rozwoju przynajmniej jeden wiek temu. Amadeusz pukał delikatnie palcami w blat i się nie odzywał. Katarzyna była pewna, że nie wybija wcale rytmów, tylko grzebie w swoim systemie. 

-Mam specjalną przepustkę – odpowiedziała Siennicka, rzucając swoją odznakę na biurko. – Proszę nas zaprowadzić tam, gdzie nie wolno pani nikogo prowadzić. Szybko załatwimy swoje sprawy i już nas nie ma.

Kobieta przełknęła głośno ślinę. Przylepione dotąd do blatu dłonie zaczęły jej drżeć. W końcu zebrała się w sobie i powiedziała:

-Nie wiem, o czym pani mówi. Proszę usiąść albo wyjść, albo…

-Będzie lepiej, jeśli nie będzie pani kończyła tego zdania – przerwał jej Amadeusz. – I proszę zostawić dłonie tam, gdzie je widzę. Żadnego wciskania ukrytych pod blatem guzików, dobrze? A teraz… – zawiesił na chwilę głos i sięgnął do swoich lustrzanek. Zatrzymał przy nich dłoń, dla zwiększenia dramatycznego efektu, zanim ostatecznie zdjął je z twarzy, odsłaniając pozbawione źrenic białka cybernetycznych oczu. – Zaprowadzi pani nas tam, gdzie poprosiła koleżanka. Bo, rozumie pani, ja widzę, że pani kłamię.

Siennicka była przekonana, że zaraz będą musieli wołać lekarza – jeśli tu w ogóle jacyś faktycznie pracowali – do kobiety umierającej na zawał serca. Recepcjonistka zebrała się jednak w sobie i powoli w stała od biurka.

-Proszę prowadzić, panie przodem – powiedział delikatnym tonem Amadeusz, ukrywając się ponownie za odblaskową ścianą lustrzanek.

-Mam nadzieję, że wezwałeś kawalerię – wyszeptała Katarzyna, podążając obok detektywa Ferdynanda za przerażoną kobietą.

-Tak, jak tylko potwierdziliśmy, że dobrze trafiliśmy. Ale będą tu najwcześniej za pół godziny, musimy…

-Działać – przerwała mu Katarzyna. – Bez dwóch zdań.

Z kompletnie różnych powodów, obydwoje chcieli zamknąć tę sprawę i wszystkich z nią związanych.

***

Wsiedli we trójkę do windy i trwali bez ruchu.

-Zgaduję, że winda nie pojedzie tam, gdzie chcemy dotrzeć, dopóki pani jej nie pomoże – powiedział Amadeusz.

-Ja naprawdę nie mam z tym nic wspólnego! – krzyknęła kobieta i kompletnie się rozsypała. Padła na kolana i zaczęła szlochać.

-I tak, i nie – odparła Siennicka. – Wiedziała pani, co tu się dzieje, przynajmniej mniej więcej. I nikomu. Pani. Nie. Powiedziała.

-Ja się bałam! – ryknęła przez łzy.

-W to akurat wierzę… – przytaknęła pani detektyw.

Amadeusz rozejrzał się po windzie. Palce znów drgały mu w powietrzu.

-Jest pięć przycisków, jeden nieopisany. I miejsce na klucz. To stary budynek… I formalnie ma tylko cztery poziomy. Magia starych kamienic, najwyraźniej. Da nam pani klucz i może pani iść. I żeby pani miała świadomość – zidentyfikowałem panią i policja się jeszcze do pani odezwie.

***

Do Katarzyny dopiero zaczęło docierać wszystko, co wydarzyło się od otworzenia drzwi windy do teraz. Czyli przez może pięć sekund.

W podziemnym pomieszczeniu było pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Chyba kobieta. Osobnik z łysą głową i piersiami, który wymykał się prostej kategoryzacji, ale Amadeusz powiedziałby pewnie, że statystyka stawia jednak na kobietę. Wszyscy wyglądali, jakby zostali przyłapani z grupowo opuszczonymi spodniami.

Niestety, ich spodnie były spuszczone tylko metaforycznie, a za trzymającymi je nylonowymi paskami nie brakowało broni o kalibrze znacznie większym od tego, co miała do zaoferowania Siennicka.

I to wszystko nie miało znaczenia.

Odruchy przejęły kontrolę nad ciałem. Katarzyna miała wrażenie, że nie zdążyła jeszcze dobrze wycelować, a pocisk z powalacza już paraliżował pierwszego z pięciu mężczyzn.

Zrobiła krok do przodu, unisono z nowym partnerem.

Gdy tylko przekroczyli próg windy, Amadeusz już szedł z wyciągniętymi przed siebie pistoletami. Wypalił po dwa razy z każdego, trafiając drugiego zakapiora od lewej najpierw w oba obojczyki, później oba kolana.

Łysa kobieta była na tyle przytomna, by sięgnąć po swoją broń, coś szybkostrzelnego, może uzi. Siennicka już ją miała na celowniku, ale powalacz nie był jeszcze gotowy do strzału. Właścicielka karabinka pociągnęła serią po omacku.

Lewą ręką Amadeusz pchnął Katarzynę za słup nośny, wystarczająco szeroki, by się za nim schować. Kule minęły ją o milimetry. Prawa dłoń wskazała łysą głowę, która po ułamku sekundy była uboższa o jedno oko i istotne elementy mózgu.

Kolejnej szansy do strzału miał już nikt nie mieć.

-Yippie-kay-yay!!! – krzyczał detektyw Ferdynand, opróżniając magazynki w obu pistoletach strzelających unisono.

Żadna z jego kul nie chybiła. 

-Przyszedłem rzuć gumę i kopać tyłki! I właśnie skończyła mi się guma!!! – wyryczał Amadeusz tonem osoby, która pierwszy raz w życiu uczyła się krzyczeć. Ciężko dyszał, serce próbowało mu wyskoczyć z klatki piersiowej. Musiał za chwilę umrzeć na zawał albo wkroczyć za życia do piekła, by i tam zrobić porządki. Katarzyna nie widziała innych opcji. Była przekonana, że jego sterowniki po prostu się spaliły, nie wytrzymały takiej fali adrenaliny.

-Masz wielkie szczęście, że wszyscy są martwi albo nieprzytomni i tylko ja to słyszałam. A że uratowałeś mi dupsko… Zostawię to dla siebie – powiedziała Katarzyna, wyglądając zza słupa.

-Przepraszam… Zawsze chciałem… Jakoś tak… – nie mogąc się zdecydować, co właściwie chce powiedzieć, podsumował wszystko prosto i zgodnie z prawdą: – Nie wiem.

-Potrenuj jeszcze.

-Tak zrobię – powiedział tonem, który był już znacznie bliżej tego, do czego Katarzyna zdążyła się przyzwyczaić. Jego organizm zaczynał się stabilizować.

Jednak nie będzie wpiekłowstąpienia, pomyślała.

-Wyglądasz, jak ktoś, kto odnalazł coś, czego od dawna szukał. Może od zawsze.

-Może tak właśnie jest – odparł po chwili namysłu, kiwając przy tym delikatnie głową.

-Tylko proszę cię, nie zacznij walić wieczorami adrenaliny. Syntetycznej ani żadnej innej. OK?

Amadeusz schował jeden pistolet za pasek, a drugi zamocował do magnetycznej kabury. Pewnym krokiem zaczął iść od jednego do drugiego zakapiora, zakładając im kompaktowe obręcze obezwładniające. Na pytanie nie odpowiedział. Zamiast tego zmienił temat:

-Ci powinni się nadawać do przesłuchania. Za jakiś czas.

-Dzięki – powiedziała nagle Siennicka.

-Za co?

-Za zaskakująco wiele rzeczy – uśmiechnęła się Katarzyna, która nigdy nie myślała, że będzie w stanie polubić policjanta. Co dopiero takiego policjanta. 

***

Katarzyna i Amadeusz stali pod kebabem, prowadzącym we wszystkich rankingach elementu kryminogennego ze Szmul. Mieli cichą nadzieję na spokojny posiłek.

-Ile czekaliśmy – spytała Siennicka, odbierając z okienka dwa ostre na cienkim.

-14 minut i 37 sekund – odpowiedział detektyw Ferdynand.

-Patrz, muszą mieć tu jakiś bardzo sztywny proceder. Albo rytuał – powiedziała i zabrała się energicznie do pałaszowania swojego trupa z rusztu. Miała nadzieję, że to co najmniej pies. – Może dlatego takie dobre.

Milczeli chwilę, opierając się o Dacię i patrząc w świetle zachodzącego słońca na powoli umierający ruch uliczny.

-To co, chcesz mi opowiedzieć o swoim ulubionym sonecie Mozarta, który nigdy nie wzbudził w tobie żadnych emocji? Powiedz, a powiem ci, skąd mam te spluwy. – Zagadnęła Katarzyna.

Amadeusz uśmiechnął się, nie pierwszy raz tego dnia. Katarzyna nigdy by nie zgadła, jak bardzo zaskakiwał go taki stan rzeczy.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze