Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Sport czy e-sport? Kibicowi może być wszystko jedno

S

Owacje na stojąco. Meksykańska fala. Wycie fanów, krzyk komentatorów. Wbrew pozorom, nie jest to Liga Mistrzów, to nie jest czwarta bramka wciśnięta przez Lewandowskiego do wrażej bramki. To finał ostatnich kwalifikacji w niemieckiej Kolonii do Intel Extreme Masters, w którym HerO starł się z Poltem. Uwierzcie mi, wrażenia były niesamowite. Miałem szczęście oglądać cały turniej i takiej walki o puchar dawno nie widziałem. Emocje były co najmniej takie, jak na “prawdziwych” imprezach sportowych, jeśli nie większe. Zresztą… dlaczego nie mielibyśmy uznać takowych spotkań za prawdziwe imprezy sportowe?

Nie pierwszy raz piszę o e-sporcie. I, niestety, jest to pewnie kolejny przypadek, kiedy w komentarzach padnie jakieś stwierdzenie typu “to żaden sport, lol”. Nie mylić z LoL-em. Nawet pod artykułami, w których człowiek próbuje w naprawdę przystępny i nieinwazyjny sposób przedstawić swoje widzenie i rozumienie e-sportu, zawsze znajdzie się jakiś bojownik o lepsze jutro (choć biorąc pod uwagę, że e-sport jest relatywnie nowym zjawiskiem, chyba wypada napisać: bojownik o lepsze wczoraj). Nawet mimo faktu, że specjalnie dodajmy “e” przed “sport”, żeby rozróżnić tę rozrywkę od sportu tradycyjnego, zawsze ktoś musi podkreślić podrzędność pierwszego względem drugiego.

Podkreślmy tu najpierw pewne rzeczy – tego tekstu nie pisze osoba, która sportu nigdy nie zaznała. Wręcz przeciwnie, w swoim życiu otarłem się o sport profesjonalny, aktualnie ćwiczę między cztery a siedem razy w tygodniu, już sam dla siebie, nie dla porównywania wyników z innymi. Wiem co to wysiłek, znam dążenie do sportowej perfekcji i trudną, długą walkę o choćby najmniejsze postępy. A mimo tego nie uważam, że e-sport jest czymś gorszym. Nie, jest czymś zupełnie innym i nie da się go porównać z tradycyjnym wysiłkiem fizycznym.

Jednak największa różnica między sportem a e-sportem tkwi w… sposobie przygotowywania się do turnieju. W pierwszym przypadku mamy prężenie muskułów, szlifowanie techniki, poprawianie precyzji i ogólne dążenie do perfekcji. Faktycznie, w przypadku zdecydowanej większości dyscyplin (dla spokoju i ułatwienia dyskusji pomińmy sporty typu curling) wymagane jest doskonalenie swojego ciała poprzez ciężką pracę – pracę, którą osobiście podziwiam. Przyjrzyjmy się teraz drugiej opcji – w tym wypadku tężyzna fizyczna praktycznie odpada. Choć też może być to złudne, gdyż zdrowe ciało jest niezbędne każdemu profesjonalnemu zawodnikowi, zaś np. kontuzja nadgarstka może zdecydować o czyimś „być albo nie być” na turnieju (w takiej sytuacji byłą między innymi żywa legenda StarCrafta II, TheLittleOne). Ponownie jednak, jak w przypadku curlingu, nie poddawajmy tej kwestii zbyt dokładnej analizie, żeby nie odciągać uwagi od meritum problemu. Ogólnie rzecz ujmując, przygotowywanie się do turnieju e-sportowego wiąże się ze szlifowaniem taktyk, strategii i, co nie mniej ważne, poprawnej egzekucji wszystkich przygotowanych wcześniej zagrywek. To długa, ciężka i mozolna praca, wymagająca od niektórych graczy pracowania nad jednym elementem rozgrywki przez wiele dni. Tak jak w przypadku sportu, e-zawodnicy bez odpowiedniego przygotowania mogą co najwyżej na moment, często przez przypadek lub łut szczęścia, zabłysnąć i po chwili zgasnąć. Ciągłe bycie na topie wymaga pracy.

Jest oczywistym, że przygotowania sportowca i e-sportowca różnią się praktycznie wszystkim. Choć z drugiej strony, jak widać po powyższym akapicie, możemy też znaleźć pewne wspólne mianowniki, takie jak praca czy dążenie do perfekcji. Prawdziwe podobieństwa zaczynają się jednak tam, gdzie – według mnie – obydwa tak odległe od siebie sposoby rywalizacji ciężko wręcz odróżnić. Na turnieju. Turnieju, gdzie, z perspektywy widza, nie liczy się już kto jak ćwiczył. Liczą się emocje, które towarzyszą pokazowi umiejętności, liczy się fakt, że oglądamy osoby, które są najlepsze w dyscyplinie, która nas fascynuje.

I tu właśnie zaczyna się magia. Kiedy oglądałem zmagania MaNy podczas kwalifikacji do pierwszego sezonu Blizzard World Championship Series, czułem się mniej więcej tak jak wtedy, kiedy kibicowałem polskim siatkarzom albo Adamowi Małyszowi. Były emocje, była nadzieja na awans Polaka do finałów. Zresztą, nasi zawodnicy w StarCrafcie II odnoszą znacznie większe sukcesy niż polscy piłkarze w jakimkolwiek pucharze – czy to świata, czy Europy. Wspomniany wcześniej MaNa nie raz gościł już na podium takich turniejów wielkoszlemowych, jak chociażby DreamHack. Z kolei Nerchio jest jednym z tych graczy, których obawiają się nawet Koreańczycy, a trzeba wam wiedzieć, że w kontekście RTS-a ze stajni Blizzarda nie ma zbyt wielu większych komplementów. Mamy też swoje reprezentacje we wszystkich innych, najważniejszych dyscyplinach e-sportowych. Jeśli zamiast StarCrafta II, wolicie League of Legends czy DOTA2, to zawsze znajdzie się ktoś, komu warto kibicować.

Podobnie jak w przypadku sportów, nazwijmy to, fizycznych, tak i w e-sporcie sympatia często nie leży tylko po stronie rodaków, ale też kibicuje się tym zawodnikom, którzy są najbardziej barwni, sympatyczni czy charakterni. Tak jak w piłce nożnej, wielu Polaków kibicuje Realowi bądź Barcelonie, tak ja uwielbiam patrzeć na mecze SC2 rozgrywane przez królów kreatywnych zagrywek, TheLittleOne oraz White-Ra, czy też przez człowieka, który przez długi czas był w stanie zmiażdżyć praktycznie wszystko, co przeciw niemu skierowano, czyli Stephano. Tak, to są zawodnicy, którym zawsze się z chęcią kibicuje i których losy się śledzi. Dlatego też żal było mi patrzyć, jak pogarszają się wyniki TLO po kontuzji nadgarstka. Albo gdy pojawiła się świadomość, że niedługo nie będzie można już oglądać Stephano w akcji, gdyż ten w okolicy sierpnia-września 2013 roku skończył swoją e-sportową karierę.

W przypadku kibicowania poszczególnym graczom widzę nawet jedną zaletę, której tradycyjny sport zawodowy po prostu nie posiada, a przynajmniej nie w takim zakresie. Lubicie Lewandowskiego? Albo Małysza? A jak często mieliście okazję zobaczyć ich trening? W pełnym wymiarze od początku do końca. Oczywiście jest to pytanie do osób, która naprawdę interesują się daną dyscypliną. Wielką zaletą e-sportu jest właśnie to, że swoich ulubionych graczy bardzo często można obserwować wtedy, kiedy sami się uczą i udostępniają swoje poczynania w sieci poprzez streamy na przykładowo Twitch.tv czy VOD-y na YouTube. Raz, że jest to jeden z tych czynników, które bardzo pogłębiają sympatię do wielu graczy, a dwa, że można zobaczyć, jak taki najlepszy z najlepszych trenuje, a tym samym niejako przy okazji uczyć się od niego.

Choć z punktu widzenia zawodników sport i e-sport różnią się praktycznie wszystkim, dla kibiców te różnice już nie są tak wielkie. Według mnie, wszystko zależy od tego, czy ktoś ma otwarty umysł i nie zamierza w agresywny sposób atakować jakiejś dyscypliny tylko dlatego, że mu się nie podoba albo uważa ją za gorszą od swoich ulubionych. Wtedy różnica z punktu widzenia widza między sportem tradycyjnym i elektronicznym może się sprowadzać do takich samych różnić, jak między piłką nożną a siatkową. To po prostu różne dyscypliny, różne zasady, różne sposoby przygotowywania się do turnieju. Ale kiedy już zasiadamy na trybunach i bierzemy się za kibicowanie swoim prywatnym faworytom, to emocje są dokładnie te same. To po prostu genialna rozrywka i świetny sposób na spędzenie czasu ze znajomymi, czy to w domu lub pubie podczas transmisji, czy na żywo w hali, gdzie wrażenia na ogół są jeszcze lepsze. Mam nadzieję, że z czasem dojdziemy do tego etapu, w którym ludzie przestaną sobie nawzajem udowadniać, która dyscyplina jest lepsza, i po prostu wezmą się za kibicowanie. W końcu o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie?

PS: Jako że w zakresie realizacji imprez też mamy się czym pochwalić, wszystkie zdjęcia zdobiące ten tekst pochodzą z IEM rozgrywającym w Katowicach.

2013-05-03. Tekst napisany na zlecenie Save!Project.

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze