Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

"Spider Man Noir" oraz "Eyes Without a Face", czyli Peter Parker, jakiego nie znał świat

&

Robiąc sobie przerwy w czytaniu Spider-Mana z lat 60-tych ubiegłego wieku, zacząłem się interesować też innymi seriami, które wyszły z Pajęczakiem w roli głównej na przestrzeni ostatnich dekad. W tym zakresie najciekawszym odkryciem, jakiego dokonałem, jest zdecydowanie seria “Marvel Noir”, która bierze pod lupę klasycznych bohaterów i wrzuca ich w czasy… wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych. Przyznacie chyba, że sam koncept jest arcyciekawy, nieprawdaż?

W tym tekście zajmiemy się oczywiście tylko Spider-Manem w wydaniu “Noir”, ale kto wie, czy też nie wezmę się za inne znane mi postacie (w grę wchodzi przede wszystkim Iron Man i Wolverine, choć nie wiem, czy nie miałbym ochoty na wszystkie dostępne konfiguracje).
“Spider-Man Noir” jest o tyle ciekawym pomysłem, że nie trzeba znać historii Petera Parkera, by czerpać przyjemność z lektury. Oczywiście, sporo się wtedy traci, ale wydaje mi się, że ta seria komiksów jest znacznie łatwiejsza w odbiorze dla świeżych czytelników niż taki na przykład moloch, jak “The Amazing Spider-Man”. Gdyby jakiś nieszczęśnik zaczął czytać go od, dajmy na to, numeru 600., to przez kolejnych kilka do kilkunastu miesięcy pewnie nadal by się trochę gubił w faktografii. “Noir” jest inne – przynajmniej w przypadku Spider-Mana (nie wiem, jak z innymi bohaterami) startuje od kompletnego zera, w pierwszym komiksie pokazując na nowo, w jaki sposób Parker zdobył swoje nadludzkie moce.

Z drugiej strony muszę też zaznaczyć, że “Noir” jest niesamowicie bogaty w postacie. Jeśli czytało się stare komiksy z Pajęczakiem, będzie się miało znacznie więcej frajdy, gdy zobaczy się Normana Osborna w nowym wcieleniu. Dla świeżych czytelników będzie to po prostu kolejny bohater drugoplanowy. Dla fanów zaś zło wcielone już po pierwszym panelu, na którym się pojawia.

Rozwodzę się nad różnymi zawiłościami, a jeszcze nawet nie przeszedłem do fabuły – trzeba to zmienić! Jak dotąd Spider-Man w wersji “Noir” pojawił się w dwóch czteroczęściowych cyklach. Pierwszy nazywa się po prostu “Spider-Man Noir”, drugi zaś ma jeszcze do tego podtytuł “Eyes Without a Face”.

W pierwszym przypadku poznajemy Petera Parkera jeszcze za czasów, kiedy nie był Spider-Manem. Niedawno stracił najdroższą mu osobę, wujka Bena, i został pod opieką tylko cioci May. Tu się pojawia już pierwsza różnica – wspomniana krewna nie jest potulną staruszką, jak to było zobrazowane w komiksach z lat 60-tych, lecz popularnym działaczem społecznym z mocno socjalistycznymi – czy wręcz komunistycznymi – zapatrywaniami (szok dla fanów, nie?). Peter zaś, próbując uzbierać pieniądze na studia, trafia pod skrzydła znanego dziennikarza, Bena Ulricha, pracującego dla Daily Bugle. Brzmi znajomo? Oczywiście, “Noir” pełny jest nawiązań do oryginalnej historii Człowieka Pająka.

Już na łamach bodaj pierwszego odcinka Peter zdobywa swoje nadludzkie moce i uczy się je wykorzystywać. W przeciwieństwie jednak do oryginalnej serii, nowe możliwości sprawiają, że czuje się jeszcze bardziej zagubiony i przytłoczony przez problemy natury moralnej. Znacznie więcej miejsca poświęcono również na typowo młodzieńczy zapał połączy z głupotą i brakiem doświadczenia, co dało bardzo ciekawe rozwiązania fabularne.

Nie chcę Wam psuć przyjemności z czytania – w przeciwieństwie do tekstów o starych komiksach z serii “The Amazing Spider-Man”, w tym wypadku chcę uniknąć spoilerów. Pierwszy “czteropak” “Noir” skupia się – poza początkami Spider-Mana – na Normanie Osbornie i jego przestępczym królestwie. Poza Zielonym Goblinem, pojawiają się też takie postacie, jak grupa Enforcerów czy Vulture. Natomiast “Eyes Without a Face” to miejsce zmagań Człowieka Pająka z Dr. Octopusem czy Crime Masterem.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że o ile postacie zachowały swoje fantastyczne imiona, o tyle w ich niezwykłych umiejętnościach znacznie mniej jest fikcji, a znacznie więcej racjonalnych wytłumaczeń. Dla przykładu – nie ujrzycie Goblina latającego na odrzutowej miotle, to nie te klimaty.

Nie tylko fabuła jest znacznie dojrzalsza od oryginalnej, ale też wykonanie. Jak zapewne widzicie po obrazkach zdobiących wpis, całość konwencji graficznej jest… po prostu brudna. Ale nie tak brudna, jak świat, w którym omawiane historie mają miejsce. To nie to uniwersum, w którym każdy złoczyńca mówi “powinienem zabić cię, gdy spotkaliśmy się ostatnim razem”, a później daje się potulnie odprowadzić do więzienia. Tu nie ma “następnych razów” czy taryfy ulgowej, a śmierć nie jest tematem tabu tylko codziennością dla szarych zjadaczy chleba i środkiem do celu dla tych, którzy najlepiej zrozumieli prawa dżungli.

Powiem Wam szczerze – “Spider-Man Noir” po prostu wstrząsa. Swoją dojrzałością, wykonaniem, fabułą i jej prowadzeniem. Zaczynając czytać pierwszy z ośmiu komiksów, nie zdawałem sobie sprawy, że nie wstanę z fotela przez następne dwie godziny, dopóki nie przeczytam całości. A kiedy zamknąłem ostatnią część “Eyes Without a Face”, czułem się naprawdę mocno mentalnie poturbowany przez zawartość komiksów. Autor wszystkich scenariuszy, Fabrice Sapolsky, naprawdę potrafi grać na emocjach. Pozostaje przede mną tylko jeszcze jedno pytanie – czy te komiksy zrobiły na mnie takie wrażenie, ponieważ naprawdę nieźle znam postać Spider-Mana? Czy też ruszyłyby ludzi kompletnie niewtajemniczonych w temat? Cóż, jeśli ktoś z Was czytał “Spider-Man Noir”, mam nadzieję, że da mi odpowiedź na to pytanie.

komentarzy 8

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Trzeba przyznać, że Noir jest ciekawą odskocznią od zwykłego pajęczaka. I w przeciwieństwie do Amazing Spider-man, nie wygląda obecnie trochę “śmiesznie”. Osobiście, jak pierwszy raz zobaczyłem starego Volture’a i Goblina trochę mnie rozśmieszyli. Zaś Dr Octopus na wózku z mechanicznymi kończynami wygląda jak prawdziwy genialny naukowiec.

    • W “Noir” Vulture jest tak zrobiony, że kiszki się skręcają.
      Co się tyczy Goblina – przeglądałem jakieś nowsze Amazingi i trochę zabawnie wygląda ta walka o zachowanie tradycyjnego stroju Goblina z jednoczesnym “umrocznieniem” go. Pewnych rzeczy chyba nie da się zrobić.
      Swoją drogą, gdy Zielony Goblin pojawił się pierwszy raz, to nie latał na tym swoim Gliderze, tylko na… miotle. Z napędem odrzutowym. Serio. Stan Lee chyba jednak sam spostrzegł, że “coś jest nie teges” i już w następnym komiksie był jednak Glider (wtedy nazwany “modified broomstick” xP).

  • Pobieżnie przeczytałem zarówno Daredevila jaki i Spider-mana. Obydwie historie wciągnęły mnie swoim klimatem.  Nie napisałeś jakie wrażenie zrobił na tobie strój pająka.

    • Teraz czytam właśnie “Daredevil Noir” i jest naprawdę OK. Ostatnio opublikowałem też tekst o “Iron Man Noir” – niestety, on nie był OK. ;-]
      Co się tyczy stroju, fakt, mogłem coś o nim napisać. Był zdecydowanie dobry, nawet bardzo dobry. Funkcjonalny, zrobiony na poczekaniu. Zawsze mnie bawiło, jak w oryginalnej serii nastolatek robił sobie w pokoju idealnie spasowany lateks. :]
      Przy okazji – witam na blogu! Mam nadzieję, że częściej będę Cię widywał w komentarzach. 

  • Powiem tak.Fabuła super ale gdy w pierwszym numerze na końcu gdzie jest napis ”Ciąg dalszy nastąpi” to po prostu jestem zadziwiony bo nigdy nie widziałem żeby Vulture był kanibalem a ta scenka mną po prostu wstrząsnęła. Pozdrowienia dla osoby która to opisywała.

    • A dziękuję i też pozdrawiam. ;-] I, korzystając z okazji, witam na blogu – mam nadzieję, że to nie było Twoja jedyna wizyta u mnie i że jeszcze zajrzysz.
      Co do samego komiksu – mi się właśnie podobały te mroczne, pokręcone pomysły i na bohaterów oraz antybohaterów. Według mnie, jeden z największych atutów tej serii.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: