Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Prototype 2 – Doskonała mechanika kontra doskonale zły scenariusz

P

Radosna sieczka – która nie stawia może szczególnie wielkich wyzwań przed graczem, ale oferuje widowiskową jatkę – chyba już do końca świata będzie się znajdowała w kręgu moich growych zainteresowań. Dlatego też Prototype 2 był zdecydowanie jednym z tych tytułów, które chciałem w końcu nadrobić. Jedynka nie była pozbawiona wad, ale… niech mnie dunder świśnie, jakże ona była przyjemna! Tam przepakowane umiejętności były wszystkim, tylko nie problemem, z którym twórcy chcieliby walczyć. Bieganie po ścianach, szybowanie, skakanie nad nie takimi znowu niskimi kamienicami i, wreszcie, masakrowanie dziesiątków wrogów po prostu bawiły. W dwójce zaś bawią jeszcze bardziej, ale… no właśnie, ale.

Choć Prototype 2 jest bezpośrednią kontynuacją fabularną jedynki, nie przyjdzie nam ponownie wcielić się w Alex Mercera. Tym razem naszym surogatem będzie niejaki James Heller – twardziel, jakich mało, który właśnie ruszył z nożem na podbój zakażonego Nowego Jorku. Zrobi wszystko, żeby pomścić rodzinę, nawet rzuci się z gołymi pięściami na samego Mercera, który w tym momencie jest już wszechpotężną maszyną do mordowania. Najwyraźniej ów zapał wpadł w oko Alexowi, gdyż ten postanowił dać Hellerowi to, co sam od dłuższego czasu posiadał. Zaraził Jamesa szczepem wirusa, który oferuje nosicielowi nadludzkie możliwości. Tak zaczyna się gra o najwyższą stawkę. Gra, w której nie da się odróżnić od siebie stron w zakresie moralnym, gdyż granice między dobrem a złem już dawno się zatarły.

Mechanicznie Protoptype 2 jest… prawie doskonały. Jasne, zdarzają się tu i ówdzie jakieś drobne przekłamania w kodzie, minimalny brak dokładności w sterowaniu czy lekka dowolność w interpretowaniu tego, w co dokładnie aktualnie chcemy trafić. To są jednak detale przy tym, jak doszlifowany, pomysłowy i lekki w obyciu jest ten tytułu. Są tylko dwie produkcje, w których tak wyraźnie czułem potęgę głównego bohatera – pierwszy Prototype i, również pierwszy, Crackdown. Heller już na dzień dobry jest silny i zwinny, a z każdą minutą gry – dzięki bardzo przyjemnie pomyślanemu, wielopłaszczyznowemu systemowi rozwoju postaci – staje się już tylko lepszy. W efekcie, w okolicy końca zabawy, James bez problemu przesadza wielkimi susami 10-piętrowe budynki, z gracją pterodaktyla szybuje nad ulicami miasta i przerabia na miał nieprzebrane zastępy wrogów. Co więcej, sterowanie jest doskonale płynne i responsywne, zaś wszelkie detale, które mogłyby stanowić utrudnienie, zawsze są rozwiązywane na korzyść gracza. Nie musicie się np. martwić, że James utknie na jakimś dziwnym gzymsie, zatka się podczas biegu po ścianie na balkonie etc. Zawsze przeszkodę przeskoczy, obiegnie albo po prostu wystrzeli na orbitę. Szczerze mówiąc, takie wrażenia z gry powinno się mieć w każdym tytule superbohaterskim. Jest tu też wszystko to, czego mocno brakowało mi w pierwszym inFamous.

Z atutów muszę też koniecznie wspomnieć o niesamowitej grafice. Choć na pierwszy rzut oka może nie robić wrażenia gładkością modeli postaci czy szczegółowością tekstur zdobiących otoczenie, to szybko podkreśla epickość innego aspektu. Prototype 2 miażdży skalą. To jedna z nielicznych gier, w których po ulicach faktycznie przechadzają się (lub ciekają w panice) setki cywilów o zróżnicowanych modelach, zaś zobaczenie naraz 50 osób na ekranie nie jest niczym niecodziennym. Nieraz masakrowałem zarażone gniazda mutantów, w których przebywały równocześnie pewnie po dwie setki zombie-podobonych niemilców. Co ciekawe, mimo tej skali twórcy zadbali też o subtelniejsze detale, które zaczyna się doceniać, kiedy raz na jakiś czas człowiek przebiegnie się ulicami miasta, zamiast nad nimi tylko latać. Choć mogli odpuścić różne upiększenia i ciekawostki, to jednak i w tym zakresie dołożyli starań.

I tu dochodzimy do w sumie jedynego problemu, ale za to niezwykle bolesnego. Jak się zapewne domyślacie, normalnie nie wieszałbym psów na scenariuszu gry, której głównym założeniem jest wybiciem do nogi wszystkiego, co się rusza. Sęk w tym, że skrypt Prototype 2 jest wręcz artystycznie zły. Wydaje mi się, że do utworzenia misji tak nudnych – z uwzględnieniem niemal doskonałej mechaniki samej rozgrywki – potrzebny jakiś raczej złożony wzór matematyczny. Gdzieś po godzinie zabawy już dawno widziałem wszystko to, co przygody Jamesa Hellera miały zaproponowania. Co więcej, choć schematów misji było może z pięć, to tak naprawdę każdy z nich był… praktycznie identyczny. Tu nie chodzi o złą fabułę, gdyż ta jest umiarkowanie istotna. Tu chodzi o wtórność tak morderczą, że pierwszy Assassin’s Creed zaczyna wyglądać przez porównanie jak Wielki Atlas Ciekawych Zadań. Żeby chociaż te misje powielały jakiś atrakcyjny schemat – niestety, czasem wręcz na siłę spowalniają rozgrywkę, ograniczając dynamiczną mechanikę bezsensownymi ramami.

Nie do pojęcia dla mnie jest to, że można skonstruować misje tak nudne, by niemal przyćmiły pracę włożoną w techniczny aspekty gry. Z tego względu w Prototype 2 grałem z przyjemnością, ale… na ogół nie więcej niż pół godziny na raz. Ta gra robi trochę wrażenie wielkiego tech-demo, które pokazuje, jak można byłoby rozwiązać różne problematyczne kwestie natury konceptualnej w produkcjach superbohaterskich. I żałuję tego niezmiernie, gdyż scenariusz jakkolwiek zjadliwy i urozmaicony mógłby sprawić, że Prototype 2 oscylowałby w okolicy najwyższych not. A tak? W ogólnym rozrachunku jest to tytuł, niestety, “tylko” dobry.

PS: …ale platynka jest. :-]

komentarzy 6

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Ja z kolei jedynkę uważam za monotonną i nie sprawiającą przyjemności. Powtarzalne zadania polegające tylko na tym by zabić wszystko w zasięgu wzroku. Przyjemność sprawiała tylko przez pierwsze pół godziny gry. Potem była już tylko monotonia i frustracja z powodu poziomu trudności, bo cały czas ginąłem. Dlatego też porzuciłem pierwszą część po maksymalnie dwóch godzinach grania i dotąd do niej nie wróciłem, a dwójka też mnie jakoś nie zachęca.

    • Jedynka była zdecydowanie trudniejsza od dwójki – różnica jest tak wielka, że ciężko nawet porównywać. Starczy powiedzieć, że przez dwójkę przebiegłem się na hardzie i umarłem łącznie… raz.
      Co do powtarzalności – mam wrażenie, że, paradoksalnie, w kontynuacji jest z tym jeszcze gorzej. Pamiętam, iż jedynka też miała ten problem, ale nie zwróciło to mojej uwagi aż do tego stopnia.
      A co do oceny samej gry… jak pisałem we wstępie, ja kocham ten typ rozgrywki i potrafię takim tytułem naprawdę wiele wybaczyć. :]

      • Czemu “paradoksalnie”? Wiadomo że w kontynuacji to bardziej razi. W jedynce masz nówkę peweks, więc wszystko wydaje się nowe i oryginalne. Kolejna część i… zaczynasz dostrzegać, że już to gdzieś widziałeś 😉

        • Paradoksalnie, ponieważ to nie chodzi tylko o to, że bardziej razi. Chodzi o to, że misje są jeszcze nudniejsze i bardziej powtarzalne niż w jedynce. Mam wrażenie, że w tym konkretnym zakresie nie tylko stali w miejscu, ale raczej zrobili krok w tył…

  • Dla mnie gry to wielogodzinne, interaktywne filmy. I o ile taka nawalanka może być na 3,4 h, to zdecydowanie wolę fabularne perełki na wiele dni, jak Deus Ex: Human Revolution (to jakbyś oglądał Łowcę Androidów przez 20 godzin (oczywiście z przerwami ;p))

    • To zdecydowanie kwestia tego, czego w danej chwili człowiek potrzebuje – Prototype jest świetny właśnie na takie krótkie, nawalankowe sesje. :] Inna sprawa, że muszę w końcu ograć Deus Exa, dzięki za przypomnienie.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: