Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Planet Terror – 10/10, I love you, Rodriguez!

P

Tarantino i Rodriguez są specami w wielu dziwnych dyscyplinach. Tylko oni potrafią nakręcić kolorowy czarnobiały film czy skłonić najsławniejszych do zagrania w filmie kategorii B, zapisując przy okazji swoje i ich nazwiska złotymi zgłoskami w annałach światowej kinematografii. Teraz do listy talentów doszło jeszcze robienie tanich filmów za naprawdę grubą kasę. Pierwszą część „Grindhouse” – „Death Proof” – mieliśmy okazję obejrzeć kilka miesięcy temu. Teraz przyszła pora na zapoznanie z zamykający dylogię „Planet Terror”.

Tak jak przy okazji „Death Proof” Tarantino stał za kamerą, a Rodriguez zajmował się „jedynie” produkcją, tak teraz role się odwróciły. Różnica jest jak zwykle łatwa do zauważenia, gdyż style obu twórców różnią się wręcz drastycznie – w „Planet Terror” dialogi zeszły na drugi plan, by zostawić pole do popisu wartkiej akcji. Fabuła spełnia podstawowy wymóg kina tego typu – przypuszczalnie scenariusz mieścił się na jednej kartce A4 i zawierał głównie uwagi w stylu „i on wtedy wysadza samochód”. Porucznik Muldoon (Bruce Willis) rozpyla w powietrzu silną truciznę, która zmienia ludzi w zombie. Tylko mała grupa ludzi – w tym tajemnicz Wray a.k.a. El Wray (Freddy Rodríguez) oraz jednonoga striptizerka Cherry (Rose McGowan) – z nieznanych powodów nie zostają zainfekowani i mogą stawić czoła zagrożeniu. Są sami, są otoczeni i mają tylko dziesięć ton amunicji – zgadnijcie, czym to się może skończyć?

We wszechogarniającej rzezi znalazło się – o dziwo – całkiem sporo miejsca na aktorstwo. Trzeba przyznać Rodriguezowi, że potrafi dbać o detale. Odtwórcy wszystkich ról świetnie sprawdzili się przy budowaniu atmosfery taniego, amatorskiego kina. Tu szczególnie popisał się Freddy Rodriugez, który był bardziej macho nawet od samego Bruce’a Willisa! Paradoksalnie, dialogi wyszły w „Planet Terror” znacznie lepiej niż w „Death Proof”, mimo że teoretycznie nie grały aż tak ważnej roli. Ciekaw jestem, czy, po obejrzeniu pracy kolegi, Tarantino poczuł się zazdrosny.

Całość opakowana jest w naprawdę nieźle zniszczone pudełko. Film skacze, brakuje wielu klatek – ba, w pewnym momencie pojawia się informacja o braku całej szpuli – a dźwięk trzeszczy. Wrażenie jest rewelacyjne, w szczególności jeśli doda się do tego efekty specjalne, pretendujące do miana najtańszych w historii Hollywood. Każdy chyba jednak dochodzi do momentu (na ogół już po seansie), gdy zaczyna mu krążyć po głowie pytanie, po co ktoś wpakował tyle pieniędzy w film, który ma wyglądać na tani…

Cóż, można byłoby się godzinami wykłócać o to, „co autor miał na myśli” kręcąc „Planet Terror”. Czy Rodriguez w ten sposób chciał stworzyć inteligentną parodię popularnego niegdyś kina – właśnie typu grindhouse – błyskotliwie punktując i eksponując jego słabe strony? A może chciał po prostu nakręcić głupi film, wpisując na listę priorytetów główną bohaterkę z karabinem zamiast nogi? Według mnie, odpowiedź na to pytanie tak naprawdę nie ma znaczenia (to samo tyczy się „Death Proofa”, który w wielu środowiskach wywołał zażartą dyskusję z naczelnym pytaniem „po co?”). Znajomość intencji reżysera samego filmu przecież nie zmieni, a grunt to dobra zabawa i zapadające w pamięci sceny czy kwestie.

Oczywiście, filmy Rodrigueza i Tarantino zdecydowanie nie są dla wszystkich. Jeśli komuś nie podobały się „Cztery pokoje” czy „Dawno temu w Meksyku”, a od samego brzmienia tytułu „Death Proof” ma drgawki, może sobie spokojnie darować. Natomiast cała reszta może z czystym sumieniem kupować bilety i iść do kina, gdyż zawód ich raczej nie czeka. Warto mieć też w pamięci, że choć „Planet Terror” jest częścią dylogii „Grindhouse”, to jednak znacząco różni się od „Death Proof” – są to dwa zasadniczo odmienne filmy.

Obiecałem sobie, że na koniec tego przydługiego wywodu wspomnę jeszcze o jednej rzeczy. Otóż, przed seansem filmu Rodrigueza dystrybutor postanowił puścić trailer fikcyjnego filmu „Maczeta”. Pamiętacie nożownika z „Desperado”? Jeśli tak, to będzie to dla Was prawdziwa uczta! Co prawda, całość trwa tylko trzy minuty, ale możecie być pewni, że ten smakołyk wyciśnie łzy szczęścia chyba u każdego kinomana. W końcu kto nie jest wiernym fanem Danny’ego „Najgorszego z najgorszych Meksów” Trejo?

13.10.2007

Subscribe
Powiadom o
guest

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
trackback
11 lat temu

[…] że testem na to, czy ktoś powinien obejrzeć “Planet Terror”, było sprawdzenie reakcji na zdanie typu “i wtedy roztopiły się mu genitalia”. […]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

1
0
Would love your thoughts, please comment.x