Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Mini Ninjas – Dmuchawce, latawce, wiatr

M

Hitman, Freedom Fighters, Kane and Lynch, Mini Ninjas – który z wymienionych tytułów nie pasuje do trzech pozostałych. Wiecie? Tak? Nie? Nie martwcie się, dziś i tak właśnie nie się zajmiemy.

Ancient quest for peace and freedom

Poznajcie Hiro. To mały wojownik, chyba nawet najmniejszy z dostępnych aktualnie w całym uniwersum. Kiedyś postanowił olać studia i zostać ninja. Nie wiedział jednak, że skryte głęboko w nim talenty sprawią, że stanie kiedyś przed zadaniem uratowania świata od zagłady totalnej, niczym z filmów pewnego Emmericha. Ten dzień jednak nastał. I nie był to Dzień Niepodległości. Wszyscy starsi ninja nie powrócili z misji, nie wiadomo co się z nimi stało, ale jedno jest pewne – Wielki, Zły i Brzydki żyje i ma się nadal dobrze. Mistrz Tengu ma już tylko małego Hiro do dyspozycji. Nie mając innego wyboru, wysyła chłopca w kierunku największej przygody jego życia.

I co wy na to? Spodziewalibyście się Karate Kida w wykonaniu ludzi, którzy wcześniej stali za Hitmanem, a teraz produkują drugą odsłonę Kane’a i Lyncha? Nigdy nie byłem fanem gier IO Interactive, ale pomyślałem, że skoro wzięli się za platformówkę dla dzieci, to może wyjdzie im coś pokroju Shreka? Czyli z jednej strony dla najmłodszych, ale z dodatkową drugą i trzecią warstwą podprogowych przekazów, które docenią starsi odbiorcy. Niestety, nic z tych rzeczy. Fabuła w Mini Ninjas jest tak infantylna, na jaką wygląda. Nie jest to jednak problem samego scenariusza, ale też całej otoczki, która zaczyna w pewnym momencie podnosić poziom cukru we krwi. Co powiecie na to, że każdy z przeciwników – po uprzednim kopnięciu w kalendarz – zamienia się w słodziutkiego króliczka czy inną małpeczkę? A jak zniesiecie Atak Niepowstrzymanych Pierdów, czyli główną broń jednego z bossów? No właśnie… Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Mini Ninjas było stricte dla dzieci, ale myślę, że nawet niektórzy z najmłodszych mogą mieć problem z przyswojeniem sytuacji, w której powaleni wrogowie transformują się w przedstawicieli leśnej fauny. Jest to jakoś ugruntowane fabularnie, ale i tak boli.

Na szczęście, nie fabuła jest główną częścią platformówki. W zakresie grywalności Mini Ninjas prezentuje się naprawdę bardzo solidnie i aktualnie nie za bardzo ma w tej chwili konkurencję na Xboxie 360. Do głowy przychodzą mi tylko w miarę świeża Kung Fu Panda i staruteńkie Kameo. Wracając jedna do myśli przewodniej. Do naszej dyspozycji oddano łącznie sześcioro wojowników ninja – w tym pięcioro do odblokowania – z czego każdy faktycznie ma absolutnie unikalny styl walki. Osobiście, przez większość czasu korzystałem z możliwości Hiro, gdyż ten jako jedyny potrafi korzystać magii, co nie zmienia faktu, że pozostała piątka tez potrafiła się naprawdę zasłużyć dla sprawy. System jest prosty – w dowolnym memencie możemy lewym bumperem wywołać menu i zdecydować, kogo w danej chwili chcemy poprowadzić.

Proporcje w grze są dosyć wyrównane – połowę czasu spędzimy skacząc nad przepaściami, po drzewach czy nad miejskimi uliczkami. Reszta gry polega zaś na robieniu użytku z dobytego miecza. Zastosowany model walki jest bardzo prosty i żadne dziecko nie powinno mieć problemów z jego opanowaniem. Większość sprowadza się do naciskania X w odpowiednim momencie i okazjonalnego ogłuszania przeciwników przy pomocy Y. Niestety, trafił się tu też jeden zaskakująco poważny błąd. Mianowicie, do pokonania niektórych przeciwników niemal niezbędny jest blok. Ten zaś działa z tak dużym opóźnieniem, że tak naprawdę wypadałoby przejść do defensywy jeszcze na długo przed tym, jak przeciwnikowi w ogóle przyjdzie do głowy, że chciałby nas zaatakować. Frustracji jest z tym sporo i niestety nie jest to kwestia przyzwyczajenia. Nieważne, jak długo gramy, blokowanie nadal nie działa.

Wartym wzmianki elementem jest tryb skradania, który przydaje się do cichego przeskakiwania z dachu na dach i ogólnego pozostawania w cieniu. Frajdy miałem co nie miara dzięki tym skrytym zabójstwom (młodsi odbiorcy wybaczą tak mocne określenie; proszę się jednak nie martwić, źli ludzie po prostu zamieniają się w króliczki i tak naprawdę żadna krzywda im się nie dzieje).

Zarazem do gamy plusów i minusów wypadałoby zaliczyć wszystkich bossów, może z wyjątkiem ostatniego. Wszystko na ogół sprowadza się nie tyle do walki, co do wykonania trzech Quick Time Eventów pod rząd. Jeśli szybko odkryjemy, jak się takiego QTE aktywuje, walka z „szefem” nie zajmie więcej niż… pół minuty. Znikomy poziom trudności wyrównują na szczęście całkiem ciekawym designem. I wspomniany Wielki, Zły i Brzydki nadrabia z nawiązką niedostatki w wyzwaniach, gdyż jego pokonanie wymaga już większej wprawy.

Czym byłaby jednak platformówka bez najbardziej srogiego bossa wszystkich bossów, czyli Pana Kamery? Ten skurczybyk nie odpuszcza nam w Mini Ninjas nawet na chwilę! O ile jeszcze pierwsze plansze przechodzi się naprawdę przyjemnie i bezboleśnie, o tyle fatalna mechanika kamery zaczyna się z czasem coraz bardziej dawać we znaki. To nie jest już nawet kwestia wolnego czasu reakcji – po prostu momentami nic nie widziałem! Kończyło się to albo skokiem na główkę w przepaść, albo upartym wierceniem czołem dziury w murze.

Ancient quest for glory and fluffy animals

Konwencja graficzna Mini Ninjas zdecydowanie należy do tych spójnych i dobrze przemyślanych. Naprawdę przypadły mi do gustu karykaturalne projekty postaci oraz dosyć epickie i proste zarazem projekty kolejnych etapów. Zwiedzimy okolice wulkanu, zasypane śniegiem doliny i zielone lasy. Oczy zaczynają boleć jedynie wtedy, gdy na scenie pojawia się ogień. Ten przypomina czasy, gdy każde ognisko było złożone z dwóch bitmap na krzyż.

O oprawie dźwiękowej ciężko wiele napisać, gdyż większość dobiegających do uszu odgłosów stanowią słodkie piski uroczo zabijanych na śmierć wrogich ninja. Muszę za to przyznać, że muzyczka w menu bardzo szybko wpadła mi w ucho i za każdym razem chętnie się przez chwilę w nią wsłuchiwałem.

Jeśli jesteście fanami platformówek, Mini Ninjas powinno was naprawdę zadowolić. Tak, brakuje tu humoru, który byłby strawny dla starszych graczy, ale jest to po prostu dowód na to, by nie spodziewać się niczego tylko na podstawie logo firmy na pudełku. Jeśli zaś macie dzieciaki i nie chcecie, by spędzały czasu z epatującymi przemocą grami, produkcja IO Interactive będzie strzałem w dziesiątkę. Jedno przejście zajmuje – jak na platformówkę – całkiem sporo, gdyż około ośmiu godzin. Dzieciaki będą miały więc przynajmniej kilka wieczorów z głowy, a rodzice na pewno ten fakt docenią.

2009-04-11. Tekst napisany na zlecenie Gaminator.tv.

Komentarze: 1

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: