Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Liżąc ostrze, Jakub Ćwiek – recenzja

L

Opowiadania i powieści Jakuba Ćwieka mają to do siebie, że nie zmuszają czytelnika do czekania na ten wymarzony moment, kiedy wreszcie zacznie się dziać coś konkretnego. Nie ma taryfy ulgowej – już od pierwszej strony zostałem wciągnięty w wir wartkiej akcji, przeplatanej świetnie napisanymi dialogami i dobrze przemyślanymi epizodami, budującymi napięcie. “Liżąc ostrze” należy do tego typu powieści, których nie powinno się zaczynać wieczorem, gdyż ma się wtedy gwarantowany maraton czytelniczy do bladego świtu.

Domyślacie się zapewne, że główny bohater nie miał w tej powieści lekko, prawda? Kacper Drelich – bo tak nazywa się facet, którego cierpień jesteśmy świadkami podczas lektury – przeżywa właśnie najgorszy dzień swojej kariery. Akcja została spalona, a on – zgarnięty przez członków gangu – właśnie jest przesłuchiwany. I to brutalnie. Całe szczęście lata w policji nie dają o sobie zapomnieć – z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Przypuszczam jednak, że Drelichowi nawet w najgorszych koszmarach się nie śniło, dokąd to wyjście będzie prowadziło. Brawurowa ucieczka z rąk przestępców będzie naprawdę brzemienna w skutki. W ciągu kilkunastu godzin na szali zostanie położone nie tylko jego życie, ale i jego bliskich.

Zapytacie zapewne, gdzie tu miejsce na fantastykę? Cóż, z początku rzeczywiście nie jest to sprawa oczywista. Przez dobre kilkadziesiąt stron “Liżąc ostrze” robi wrażenie naprawdę sprawnie napisanego, ale jednak “zwykłego”, kryminału, tudzież powieści sensacyjnej. Jakub Ćwiek pokazał już jednak wcześniej, że zaskakiwać to on potrafi – sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy na scenie pojawi się pewien Satyr. Zresztą nie tylko on będzie stanowił problem – Drelich będzie świadkiem coraz brutalniejszych zbrodni, które najpierw będą go nawiedzały w snach, by później stać się częścią rzeczywistości.

Jeśli ktoś czytał “Kłamcę”, to wie, że Jakub Ćwiek jest coraz bliżej otrzymania miana specjalisty do spraw żywiołowego opisu akcji. Jeśli autor daje czytelnikowi chwilę na złapanie oddechu, to tylko dlatego, by jeszcze bardziej spotęgować uczucie niepewności. Natomiast po dialogach widać, że pan Ćwiek zdecydowanie idzie w dobrym kierunku i ciągle rozwija swoje umiejętności – są naprawdę solidne i wiarygodne.

Po przeczytaniu “Liżąc ostrze”, mam świadomość, że kolejną powieść Ćwieka kupię bez wahania jeszcze w dniu premiery (chyba, że będzie to na przykład okres sesji – wtedy byłoby to samobójstwo). Dobrze jest od czasu do czasu trafić na lekkostrawną powieść, której nie przyświecają żadne wyższe idee. W szczególności, gdy ta powieść jest jeszcze zgrabnie zakończona i, jako całość, nie traci spójności nawet na chwilę.

13.08.2007

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze