Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Imię Bestii, Jacek Komuda – recenzja

I

Francois Villon – poeta i przestępca. Trzeba przyznać, że to połączenie dość nietypowe, ale właśnie dzięki temu ciekawe. “Imię Bestii” pióra Jacka Komudy jest poświęcone temu indywiduum w stu procentach. Jeśli kiedyś się zastanawialiście, jak mogło wyglądać życie osławionego wieszcza narodu rzezimieszków, to czytając wspomnianą powieść dostaniecie odpowiedź. Oczywiście, jest to odpowiedź pięknie opakowana w to, co tak bardzo lubimy, czyli fantastykę. Mocną fantastykę.

“Imię Bestii” dzieli się na trzy części – w ramach wprowadzenia dostajemy opowiadanie “Diabeł w kamieniu”, dzięki któremu poznajemy postać samego Villona i towarzyszymy mu w ratowaniu Paryża przed tajemniczym mordercą. Następnie przychodzi czas na danie główne, czyli tytułową powieść. Tym razem trafiamy wraz z poetą do Carcassonne, które nękane jest po kolei przez każde z siedmiu nieszczęść, zwiastujących nadejście Bestii. Oczywiście, Villon nie angażuje się w kościelne sprawy jedynie z powodu swego nieskalanego grzechem serca, lecz ze względu na… ratowanie własnej skóry. W końcu lepiej być na posługach klechy, niż mieć bliskie spotkanie z inkwizycyjnym katem, czyż nie? Na zakończenie naszej podróży po Francji, pozostaje jeszcze rozwikłanie zagadki tajemniczej zjawy, która stała się przyczyną przedwczesnej śmierci kilku hien cmentarnych.
Powieść Komudy nie zalicza się do tych, których akcja rozwijałaby się w zawrotnym tempie. Autor co krok raczy nas szczegółowymi opisami Paryża czy też Carcassonne – można się wręcz poczuć, jakby samemu stało się w jednej z ciemnych uliczek. Niestety, podczas lektury nie mogłem się opędzić od myśli, że z tego powodu na wyrazistości bardzo tracą postacie, które, w porównaniu do miast, robią wrażenie raczej nijakie. Owszem, jest nam dokładnie dane do zrozumienia, czego, na przykład, możemy się spodziewać po Villonie, ale, niestety, żaden z bohaterów nie wzbudza sympatii, ani antypatii. Sytuację na szczęście ratuje misternie skonstruowana fabuła, która naprawdę potrafi zainteresować – w szczególności w tytułowej powieści.

Powieść Jacka Komudy jest zdecydowanie kawałem dobrej, rzemieślniczej roboty. Autor nie raz na przestrzeni 350 stron pokazał, że językiem naszych ojców potrafi się posługiwać z niemałą wprawą. Niestety, w tym mistycznym majstersztyku zabrakło iskry, która sprawia, że człowiek nie ma ochoty odrywać się od książki, dopóki jej nie skończy (albo i jeszcze dłużej). Z tego też powodu, po przeczytaniu ostatnich rozdziałów nie czułem żalu, że przygodę z Villonem mam już za sobą.

19.11.2006

Komentarze: 1

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Dobre czytadło. Nie porywające, nie zapadające na długo w pamięć ale porządne. Gdyby oceniać je w sposób szkolny, to z całą pewnością zasłużyłoby na 3+ a może nawet i 4- .

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: