Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Dragon Ball Z: Burst Limit – Kamehameha, i wszystko jasne

D

Właściciele Xboxów przez długi czas nie mieli szczęścia do gier z Dragon Ballem w tytule. Głównie z tego względu, że… po prostu ich nie było. Na PlayStation 2 ciągle pojawiały się nowe odsłony przygód Goku i spółki, a na next-genach nic, pusto. Cisza została przerwana dopiero przez Burst Limit, który miał zmieść wszystkich z nóg. I jak, zmiótł?

Gdzie się podziały…?

Seria Budokai znana z PS2 zyskała sobie przez lata naprawdę sporą popularność. I nic dziwnego, w ostatnich odsłonach pokrywała fabularnie Dragon Balla od serii Z do GT, zalewając gracza dziesiątkami postaci znanych z anime. To robiło wrażenie, w szczególności, że faktycznie miało się wrażenie uczestnictwa w ulubionej kreskówce z lat młodzieńczych. Trzeba to przyznać, takie samo uczucie towarzyszy również zabawie z Burst Limit, ale… coś zostało zgubione w procesie developerskim. To „coś” w rzeczywistości jest bardzo pokaźnym fragmentem scenariusza. Niestety, pierwszy xboxowy Dragon Ball wcielił w swoje szeregi jedynie Saiyan, Frieza i Cella, zwanego w Polsce pieszczotliwie „Parówczakiem”. A gdzie Majin Buu, ja się pytam?! W wersji na starą GrajStację się zmieścił, a na next-genową płytkę już nie? Domyślacie się zapewne, że zawód można poczuć naprawdę niemałych rozmiarów. Na szczęście, na otarcie łez dostaliśmy kilka walk z Bardockiem, ojcem Goku, oraz… tak, tak, Brolym, legendarnym wojownikiem. Trzeba przyznać, to świetny dodatek. Ale wycięcia całej sagi o Buu i tak wybaczyć nie sposób.

Oczywiście, można byłoby stwierdzić, że jest to wada jedynie dla fanów serii, ale… czy ktoś do tej gry w ogóle się zbliży, jeśli nie przesiedział połowy dzieciństwa, podziwiając Kamehameha i kolejne transformacje Goku? Cóż, osobiście nie przypuszczam, by taka sytuacja mogła mieć miejsce, ale załóżmy, że jednak się mylę. Dla wszystkich zaznajomionych z tematem następne dwa akapity są nieistotne.

Dragon Ball to dosyć stara już seria anime, która również w Polsce zebrała niezłe żniwo, głównie za sprawą obecności w ramówce najpierw RTL 7, a później TVN 7. Łącznie do obejrzenia było około pięciuset odcinków, z czego połowę czasu zajmowały walki, a drugą połowę retrospekcje z walki. Omawiany Burst Limit pokrywa mniej więcej 3/4 serii Z, czyli coś około 190 odcinków. W rzeczywistości przekłada się to na 5 godzin gry w story mode, co jak na bijatykę jest wynikiem naprawdę niezłym. Trzeba też koniecznie pochwalić twórców za to, że każda walka jest poprzedzona i zakończona cut-scenkami. Wrażenie jest dokładnie takie, jakby się oglądało remasterowanego Dragon Balla (znacznie lepszego, według mnie, od emitowanego ostatnio Dragon Ball Kai). Choć trzeba też zaznaczyć, że znajomość serii bardzo pomaga.

Warto jeszcze dodać coś niecoś o charakterze samych walk. Otóż, jest to ostra jazda bez trzymanki. Wszystko opiera się atakowaniu oponenta wielkimi kulami energii, zadawaniu dziesiątków ciosów na sekundę i przerzucania się z jednej strony mapy na drugą. Wszystko to rozgrywa się w pełnych trzech wymiarach, co oznacza, że można nie tylko udać się „w głąb” areny, ale też… latać. Większość postaci jest dodatkowo wyposażona w rozmaite transformacje, zwiększające moc i zmieniające palety ciosów. Mam nadzieję, że to daje osobom niewtajemniczonym obraz tego, czym dla podrostka było oglądanie tej serii w trakcie odrabiania zadań z matmy.

Od Goku po Vegetę

Pomijając okrojony scenariusz, Burst Limit kultywuje resztę dobrych tradycji serii Budokai. Mamy tu absolutne zatrzęsienie postaci! Do wyboru jest absolutnie każdy bohater anime, który w serii Z choć raz podniósł rękę podczas walki. Oczywiście, licząc od sagi z Vegetą do sagi z Cellem. Nie zabrakło tu nawet małych przydupasów saiyan, tych wrednych pokurczów-kamikadze. Że tak to ujmę, każdy prowadza się inaczej, więc perfekcyjne opanowanie nawet kilku dostępnych postaci jest już wyzwaniem na parę wieczorów. Co prawda, przez każdą z palet ciosów przewija się pewien standard, więc znając dobrze Gohana, można się również domyślić niektórych z kombinacji dostępnych dla Trunksa. Ale już na przykład takie ciosy specjalne, to sprawa jak najbardziej indywidualna. Naprawdę muszę pochwalić twórców, gdyż odwalili kawał dobrej roboty. Najlepszym przykładem są Goku i Frieza. Obydwaj mają po kilka różnych transformacji, a na ogół z każdą przemianą pojawia się inny zestaw uderzeń. To nie tylko robi wrażenie, ale może też powodować zawroty głowy od nadmiaru.

Sam system walki jest dosyć prosty. A raczej – prosty do zrozumienia i trudny do mistrzowskiego opanowania. Czyli sytuacja ma się dokładnie tak, jak powinna się mieć w przypadku dobrze przygotowanej bijatyki. Jedną z najważniejszych umiejętności, które trzeba nabyć, jest odruch unikania najsilniejszych ciosów i kończenie manewru potężnym kontratakiem oraz, co ciekawe… gospodarowanie mocą! Jeśli chcemy przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść, nie powinniśmy korzystać z transformacji w momencie wybranym na chybił trafił. Najlepiej najpierw powalić przeciwnika, następnie uwolnić zapasy Ki, a na koniec przywalić jednym z unikalnych ataków. Wbrew pozorom, nie jest to prymitywna nawalanka.

Anime co się zowie

Adekwatnym dodatkiem do rozpoznawalnych twarzy są znane z serii miejscówki. Niestety, jeśli chodzi o design, areny nie grzeszą finezją. Z reguły mamy do dyspozycji otwarty teren z jakimiś charakterystycznymi detalami. Zabrakło tu też jakiejkolwiek zniszczalności otoczenia – wszak wielkie kratery były jednym ze znaków rozpoznawczych Dragon Balla.

Miło dla oka prezentuje się oprawa graficzna. W każdym calu przywodzi na myśl anime, dzięki czemu wrażenie oglądania ulubionego serialu jest jeszcze silniejsze. Trochę nawala mimika postaci, ale wydaje mi się, że jest to wina braku zgrania „japońskiego ruchu ust” z angielskimi głosami.

Nie da się również przyczepić do ścieżki audio. Pozytywnie zaskoczyła mnie muzyka, która wpada w ucho i zaskakująco dobrze pasuje do Dragon Balla. A nie jest to raczej żaden z soundtracków znanych w Polsce. To samo tyczy się głosów postaci, są po prostu klimatyczne. Wisienką na torcie jest cała masa bardzo dobrze przygotowanych dźwięków otoczenia i walki.

Dla fanatyków?

Z jednej strony, Burst Limit zdecydowanie jest skierowany do fanów anime. Z drugiej zaś, całkiem nieźle radzi sobie również jako bijatyka po oderwaniu od swoich fabularnych korzeni. Jeśli jesteś wielbicielem ponadnaturalnych zdolności, latania i wylewania swojego Ki na lewo i prawo, możesz spróbować swoich sił z Dragon Ballem. W takim wypadku jest to solidna siódemeczka. Fani zaś mogą sobie dostawić plusa za bardzo dobre przeniesienie uniwersum. Do ósemki niestety trochę zabrakło, głównie jeśli chodzi o wybrakowany scenariusz.

2009-10-14. Tekst napisany na zlecenie portalu Gaminator.tv.

komentarzy 5

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • a grałeś Raging Blast. Burst Limit jest arcydziełem i geniuszem przy RB. Obejdź grę szerokim łukiem. Jako duchowy następca Tenchikai Budokai 3 myślałem że będzie równie dobry i się przejechałem.

  • Serio? A jak oni to spartolili? Znaczy się, jak widziałem grę na gamescom2009, to już miałem wrażenie, że “coś jest nie tak”. Niby wyglądało jak Burst Limit, ale trochę gorzej. Do tego same zasady też wyglądały na zmienione. Z czym dokładnie jest problem? Strasznie mnie zaciekawiłeś. :]
    BTW, widzę, że często do mnie zaglądasz – co jest bardzo miło – więc zachęcam do rejestracji. :]

  • Zarejestrowałem się ale wciąż czekam na emaila.
    Dobra przejdę powoli widziałeś ostatnio recenzje Dase Tenchikai Budokai 3 no to mamy następną cześć pod inną nazwą i na konsole tej generacji. Po pierwsze Grafika co prawda jest ulepszona lepsze modele itp ale w porównaniu do Burst Limit który ma 2 lata wygląda biednie, trzyma klimat anime, ale Burst wylewał fajerwerki, a tu jest nijako. Porównując system walki do TB3 to został zmieniony zupełnie nie potrzebnie wcześniejszy był wygodny i całkiem intuicyjny ten jakoś mnie nie przekonuje. Doatkowo gra jest skomplikowana ma bez treningu i odwiedzeniu Dojo na pewno padniemy szybko szkoda, że poziom trudności nie został zrównoważony niski poziom za łatwy a normalny trochę za bardzo wymagający. Dodatkowo przy unikach i inny pierdołach wymaga od nas idealnego taimingu. Przejdę do Story mod tragedia, filmiki nie dość że żenujące to nawet nie chciało się im ruch ust do mowy zsynchronizować. Walki są długie, nudne wymagające, ale nie to jest przerażające kamera zabija ostatnie pozostałości gameplayu. Zdarzyło się, że nie widziałem ani siebie ani wroga a tamten mnie lał. Też nie wiem po co się zbiera punkty bo nie wiem gdzie je wydać może jest w live do którego akurat nie mam dostępu albo czegoś nie odkryłem nie wiem. Na 2 osoby gra daje rade, ale ogólnie to klapa.

  • E-mail zaraz powinien dojść.
    Dzięki za info, byłem ciekaw, co spaprali. Swoją drogą “ciekawie” wyglądała prezentacja na gamescom2009 – gość był tak znudzony opowiadaniem o swojej grze, że udzieliło się chyba wszystkim obecnym na spotkaniu. ;]

  • JA się nie dziwie ja przy graniu w Story mod z jednej strony przysypiałem z drugiej wkurzałem z trzeciej musiałem bacznie obserwować co komputer wymyśli niezbyt smaczne połączenie.
    Na serio unikaj gry, ja wielki fan Dragon balla który potrafił gnioty grywać w dzieciństwie (nie było lepszych DB wtedy) uważam, że ta gra to jedna wielka strata czasu Burst mimo braku połowy postaci jest 1000 razy lepszy. Powiem nawet jakby dodali Dlc do Bursta z resztą dupereli czyli fuzjami i sagą z Buu to było by naprawdę zajebiście.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: