Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Człowiek ze stali – Man of steel, man of power

C

Po wyjściu z seansu “Człowieka ze stali” pierwsze, co napisałem, to: nie zakochałem się. Film mi się podobał niezmiernie, wręcz niesamowicie. Od razu trafił na listę najlepszych, według mnie, historii superbohaterskich, ale… właśnie, miałem wrażenie, że w tej relacji jest podziw i zachwyt, ale brakuje szczerej miłości, jaką czuję do “Batman – Początek”, pierwszego “Iron Mana” czy “Avengers”. Cóż, cofam, co napisałem. Zakochałem się w najnowszym filmie Zacka Snydera, po prostu chwilę to zajęło, zanim ten fakt dotarł do mojej świadomości.

“Man of Steel” układa w jedną, ślicznie uporządkowaną całość wszystko to, co świat dotąd wiedział o Supermanie. Oczywiście, pewne fakty musiały zostać dopasowane tak, by pasowały do filmu, a nie tylko do komiksu. Nie jest to jednak istotne nawet w najmniejszym stopniu – Superman jest postacią o tak długiej i bogatej historii, że ciężko tu mówić o jedynej słusznej wersji wydarzeń związanych z jego powstaniem. Twórcy zaś zabrali się za wszystko to, co miał do zaoferowania kanon i wręcz idealnie dobrali elementy tak, by powstała iście epicka opowieść. Tak jak w przypadku dwóch wcześniej wspomnianych filmów – “Batman – Początek” oraz “Ironman” – to genialna historia narodzin superbohatera. I to superbohatera, w przypadku którego można było mieć wątpliwości, czy posiada on w ogóle jakieś ludzkie cechy, inne niż raczej humanoidalny acz nazbyt man’s-healthowy wygląd. I tak jak wcześniej J.M. Straczynski zrobił to w “Superman: Erath One”, tak teraz ekipa składająca się ze Snydera, Goyera i Nolana dokonała tego samego. Dokonała, zdałoby się, niemożliwego. Z kosmity zrobili człowieka. Superman stał się postacią, z którą można się utożsamiać, którą można lubić, której losami można się przejmować.

Wszystko zaczyna się na odległej planecie Krypton, której grozi nieuchronna zagłada. Ów Armageddon jest niemożliwy do uniknięcia nie tylko ze względu na czynniki naturalne (implozja planety, te sprawy), ale przede wszystkim przez ignorancję jej mieszkańców, którzy tak podobni są w tym do ludzi. Jest jednak jedna osoba, która przewidziała nadchodzące zdarzenia i postanowiła się do nich przygotować. Jor-El (rewelacyjny Russel Crowe) postanowił uchronić choć jedną istotę przed marnym końcem całej rasy – swojego syna, Kal-Ela. Jor-El, będąc naukowcem, zdaje sobie sprawę, jakie skutki przyniesie wysłanie dziecka na Ziemię. Ziemię, która ma inną atmosferę i inne słońce. Ziemię, która zapewni jego synowi moce bliskie boskim, a której mieszkańcy będą mieli… nowego obrońcę i wzór do naśladowania.

Chciałoby się napisać “niestety, nie wszyscy zginęli”, choć brzmi to może drastycznie. Śmierć planety przetrwały osoby skazane na kosmiczną banicję, odpowiedzialne za zamach stanu. Dowodzi nimi generał Zod, który doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, jak ważnym czynnikiem dla przetrwania ludu Kryptonu jest wysłany na Ziemię Kal-El. Taki obrót spraw może prowadzić tylko do jednego – konfliktu, który może zakończyć się śmiercią kolejnej planety.

“Man of Steel” ma praktycznie same zalety. Jedną z nich jest, oczywiście, niesamowicie solidny scenariusz. Pomijając samą jego treść, bardzo podoba mi się specyficzna proporcja akcji do wszelkich innych scen o znacznie spokojniejszym nastroju. Film otwiera się epicką batalią o Krypton, która nakręcona jest wręcz wyśmienicie. Następnie możemy podziwiać Clarka Kenta (Henry Cavill) w bardziej skromnych, superbohaterskich sytuacjach na przemian z retrospekcjami, przybliżającymi jego ludzką stronę. Wszystko zmierza do niezwykle rozbudowanego finału, który zaczyna się od trzęsienia ziemi, zaś później napięcie już tylko rośnie.

Kolejną zaletą jest wyśmienite aktorstwo, połączone z bardzo dobrym doborem odtwórców poszczególnych ról do postaci. Russel Crowe w roli Jor-Ela to strzał w dziesiątkę. Zaś chyba nikomu bliżej nie znany Henry Cavill wsadzony w skórę Clark Kenta i rajtuzy Supermana wizualnie jest nie gorszy od dawnych czasów, w których to Christopher Reeve dumnie nosił “S” na piersi. Co więcej, Henry Cavill sprawdził się w tej roli nie tylko jako “eye candy”, ale też jako aktor, balansujący między młodym, zagubionym chłopakiem, a dojrzałym, zapatrzonym w kosmos i szukającym własnej drogi mężczyzną. Ciekawa kwestia wiąże się również z doborem odtwórców supermanowskich nemezis. Raz, że generał Zod został świetnie wykreowany przez Michaela Shannona – jednocześnie pewny siebie, demoniczny, ale też inteligentny i zdeterminowany. To co jednak najbardziej przykuło moją uwagę, to postać Faory (Antje Traue). Normalnie nie zwracam w tekstach uwagi na postaci drugoplanowe, ale w tym wypadku nie jestem w stanie się oprzeć tej pokusie. Choć wspomniana Faora jest “jedynie” prawą ręką Zoda, została tak wkomponowana w film, że nie mogłem od niej oderwać wzroku i z wielką przyjemnością śledziłem jej losy przez cały seans.

Duża w tym zasługa projektu strojów i choreografii. To już druga kwestia, na którą na ogół nie zwracam szczególnej uwagi, ale w tym wypadku się nie da! Po pierwsze, strój Supermana został idealnie przemyślany i odświeżony. Trochę jest to smutne, że już nie jest to człowiek-z-majtkami-na-rajtuzach, ale rozumiem, że pewne ofiary musiały zostać poczynione. Po drugie zaś, stroje i pancerze mieszkańców Kryptonu to po prostu dzieło sztuki kostiumowej! Skorzystała na tym postać Zoda, ale przede wszystkim – skorzystała Faora. To postać, w której wszystko współgra ze sobą – dobór aktorki, strój i pomysł na nakręcenie scen walki z jej udziałem.

Właśnie, sceny walki i efekty wszelakie. Na “Człowieka ze stali” patrzy się z wielką przyjemnością i dziką satysfakcją. W zakresie widoków krajobrazowych na Kryptonie to taki “Prometeusz”, w którym, dla odmiany, coś się dzieje i to “coś” nie jest skrajnie głupie. Zaś walki to klasa sama w sobie – dokładnie tak powinny wyglądać starcia Supermana z jego przeciwnikami. Co więcej, tak powinien wyglądać też Dragon Ball! Jednym z moich największych marzeń aktualnie jest to, żeby Zack Snyder wziął następnym razem na warsztat przygody Goku i ekipy. “Dragon Ball” w jego wykonaniu byłby najprawdopodobniej wiekopomnym dziełem sztuki.

Przypuszczam, że wydźwięk tego tekstu jest taki, że uważam “Man of Steel” za idealny film superbohaterski. Cóż, jeśli faktycznie udało mi się osiągnąć taki ton, to znaczy, że moje zadanie zostało spełnione. Tak, to obraz niemal doskonały. Jasne, można się przyczepić do paru detali, ale to – właśnie – detale, oklepane rysy na jeszcze bardziej oklepanym diamencie (a jak Superman produkuje diamenty, każdy widz starych filmów z jego przygodami doskonale wie). To również film, który powinno się pierwszy raz widzieć w kinie – i ze względu na oprawę wizualną, i dźwiękową. Zaś fani kina nadludzkiego pewnie przed srebrnym ekranem zasiądą więcej niż raz.

Na deser, co się tyczy wspomnianych wadliwych detali i kilku innych własnych przemyśleń i ciekawostek, zachęcam do dalszej lektury tekstu. Faktyczna recenzja kończy się mniej więcej o tu. Tam gdzie ta kropka przed chwilą była. Po “tu”. Ta kropka. A dalej jest już tylko interpretacyjno-nerdowska wolna amerykanka. Oczywiście, wypchana spoilerami, więc lepiej nie czytajcie następnych akapitów przed seansem.

Man of Steel a Superman: Erath One

W ogólnym rozrachunku bardzo spodobał mi się scenariusz filmu Snydera, napisany przez Goyera. Ale nie mogłem się przez cały czas oprzeć wrażeniu, że Straczynski ze swoim “Earth One” odwalił jednak lepszą robotę. De facto, pisząc swój komiks, dostarczył gotowy scenariusz do filmu. A porównanie tych dwóch dzieł nie jest bynajmniej wzięte z kosmosu – “Man of Steel” ma w sobie bardzo dużo z “Earth One”. I tak jak nie mam potrzeby, by filmy superbohaterskie były wiernymi adaptacjami komiksów, tak w tym wypadku jestem ciekawy, co by z tego wyszło, gdyby Snyder obrał trochę inną drogę. Mogłoby się niestety okazać, że kompletnie się mylę i ekranizacja “Earth One” pokazałaby, że ta historia miała swoje słabsze strony, które dopiero wyszły na jaw, kiedy się je nakręciło, zaś na kartach komiksu pozostawały niewidzialne.

Skąd w ogóle taki pomysł u mnie? Mam wrażenie, że “Earth One” w ciekawszy sposób poradziło sobie z pokazaniem, jak Clark radził sobie między normalnymi mieszkańcami tego nie najlepszego ze światów. I zdecydowanie bardziej podobały mi się jego relacje z rodzicami, które były niesamowicie ludzkie – w “Man of Steel” zakradło się do nich już trochę dziwnego patosu.

Sceny niepotrzebne

Tak jak zakochałem się w tym filmie, tak mam uczucie, że jest klika takich drobnych kadrów, które dla dobra filmu lepiej byłoby wywalić. Nie miałem takich wrażeń nigdy przy “Iron Manie”, “Avengersach” czy “Batman – Początek”, co prawda, ale nadal bym postawił “Man of Steel” między nimi. Sceny, do których zaraz przejdziemy, to tylko drobiazgi.

1. Śmierć Jonathana Kenta. Ta scena miała potencjał, by wyjść bardzo dobrze. I do pewnego momentu – wychodziła bardzo dobrze. Clark ze swoim ojcem wymienili się spojrzeniami i było w nich widać wszystko to, co potrzebne: “nie idź po mnie synu, nie jesteś jeszcze gotowy”. Niestety, twórcy do tego dodali nadmiarowe ilości zen, machania rękami na pożegnanie i ogólnego przedśmiertnego chilloutu połączonego z patosem (dziwna kombinacja). Dodam tu jeszcze, że pewnie cała masa osób się czepia, że to w ogóle idiotyzm, iż to Clark nie poszedł w pierwszej kolejności ratować ludzi, psa etc. Otóż, po powstrzymaniu pierwszego odruchu, uznałem, że to genialny, spójny ruch. Rodzicie Clarka zastanawiali się nawet, czy dobrze zrobił, że uratował autobus wypchany po brzegi dziećmi – czy może jednak ukrycie jego tożsamości jednak nie jest ważniejsze. I to było ta konsekwencja: nie ratuj mnie teraz, nie ratuj tych ludzi, ja pójdę – ty nie będziesz w stanie ukryć swoich możliwości i wtedy zaczną się pytania. Dobre.

2. Platon. Naprawdę? Platon?! Czemu daliście małemu Clarkowi Platona do czytania?! Przecież miał udawać normalnego 12-latka, a wy mu wciskacie taką lekturę… Jeśli ktoś ze Smallville mógł pomyśleć, że Clark jest kosmitą, to właśnie wtedy. A tak bardziej na serio – ta scena wywołała tylko niepotrzebny śmiech na sali, kiedy raczej w zamyśle miała być pewnie jednak poważna. Było mu można jednak wcisnąć coś bardziej neutralnego. Może komiks superbohaterski?

3. Ty, ja i wszystkiego powiewające flagi Stanów Zjednoczonych. Przestańcie. Skończcie z tym już, proszę was. Od kilkudziesięciu lat wszyscy się śmieją z powiewających w kluczowo-inspirujących momentach flag USA, a wy dalej je pakujecie do swoich filmów, psując tym naprawdę dobre sceny. Inna sprawa, że wsadzanie jeszcze większej ilości patosu do filmu o Supermanie – który zawsze był postrzegany jako samobieżny patos – to bardzo niebezpieczny ruch, którym można było zepsuć wydźwięk całego filmu.

4. Scena w kościele. Tutaj mamy w sumie podobną sytuację do punktu trzeciego – raz, że te kadry dostarczyły zbędnych dawek patosu, a dwa, że ogólnie cała rozmowa była jednym ze słabszych dialogów w filmie. Do tego, w ramach tła mieliśmy witraże ze scenami biblijnymi, które w tej sytuacji tylko dolewały oliwy do ognia sztucznej podniosłości.

Co ciekawe, film sam w sobie jest pozbawiony zbędnego patosu, nie licząc powyższych scen. Tym większe miałem uczucie, że powyżej opisane zdarzenia kompletnie nie pasują do filmu, który tak dobrze wyszedł. Niestety, były to momenty, które mnie wybijały trochę z atmosfery seansu, ale na szczęście cała reszta filmu była tak genialna, że po chwili bez problemu ponownie się w nim zatapiałem.

Możliwe, że jeszcze parę drażliwych kwestii by się znalazło, ale… to by były chyba jeszcze większe drobiazgi. I, jako się rzekło, to szczegóły, które nie wpływają na moją ocenę filmu. Ten był po prostu rewelacyjny i przypuszczam, że każdy wyjdzie z niego co najmniej zadowolony. A cała masa fanów komiksów wyjdzie po prostu zakochana.

komentarzy 37

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • W sumie widziałem już film, więc sam dorzucę kilka refleksji (ostrzegam przed SPOILERAMI):
    Jak dla mnie scena ze śmiercią Jonathana Kenta była jedną z lepszych. Ważne znaczenie ma to, że wszystko zaczyna się od słów Clarka: “Nie jesteś moim ojcem”. Choć był na niego zły, to w ostatecznym momencie, dał swojemu ojcu być bohaterem i przyjął jego naukę. Zrozumiał, że jego ojciec ma rację i jest w stanie oddać życie, by Clark mógł odnaleźć własną drogę. W tym momencie, nawet zrozumiałem, dlaczego Pa Kent powiedział, że może trzeba było dać innym umrzeć w autobusie, choć początkowo mnie to oburzyło.
    Bardzo duży nacisk postawiono na pytanie: “Jak ludzie przyjmą to, że Kal-El nie jest człowiekiem, że jest obcym, który ma nadludzkie moce?”. Jednak, gdy pojawia się Superman nagle to wszystko znika. Nie ma prawie żadnej reakcji. Po co tak bardzo to podkreślano? By w najważniejszym momencie olać temat?
    Ogólnie aktorstwo na plus, jednak mam problem z dwoma postaciami. Amy Adams (jako Lois Lane) zaczęła bardzo dobrze, zaskoczyła mnie. Jednak w pewnym momencie zaczęła grać tylko rolę ratowanej z opresji laleczki. Szczytem jednak był tekst w stylu “Przecież wygrałam nagrodę Pulitzera” (tak głupich tekstów było niestety więcej), co oczywiście nie było winą Amy, ale jej postać dużo przez to straciła. No i wymuszony pocałunek Lois z Supermanem. Niestety między tą parą w ogóle nie było czuć chemii. Trzeba było z rozwinięciem ich związku poczekać do następnego filmu.
    Niestety nie przekonał mnie Generał Zod (grany przez Michaela Shannona, którego potencjału aktorskiego nie wykorzystano). Zod powinien budzić grozę, jednak przez to jak ta postać została napisana, nie dało się tego osiągnąć. Jak ma przekonać nas do siebie postać, która żeby być słyszana, musi krzyczeć? Jakby brakowało mu argumentów.
    Kolejną rzeczą, do której po prostu trzeba się przyczepić są walki. Superman chce chronić ludzi, wszystkie jego działania o tym świadczą. To dlaczego w momencie, w którym ma walczyć z podwładnymi Zoda przenosi walkę do miasteczka, gdzie przecież każde uderzenie, mogło zabić wielu cywili, zamiast walczyć w szczerym polu. Pewnie dlatego, że to by było mniej efektowne. Cywile ostatecznie są nieważni. Tak samo gdy trzeba zniszczyć dwie maszyny, które mają zmienić Ziemię w Krypton. Superman zajmuje się tą, która jest pośrodku niczego, podczas gdy w Metropolis giną tysiące ludzi. Nie do zrozumienia dla mnie.
    Twórcy chcieli opowiedzieć coś nowego, zbudować nowy mit wokół superbohatera, którego wszyscy znamy. Jednak w pewnym momencie całkowicie zatracili jego charakter.
    Może to tylko ja, ale dla mnie Superman będzie zawsze kimś lepszym od nas, kimś kto nikogo sam nie ocenia, nie dokonuje nad nikim sądu. Będzie tym, który bez względu na wszystko nie zabija.
    Choć film mi się naprawdę podobał, polubiłem Jor-Ela, byłem zachwycony Kryptonem, rozumiałem poszukiwania Kal-Ela i podobało mi się jak umiejętnie wprowadzono wspomnienia o dorastaniu Clarka, to jedna rzecz przekreśliła wszystko. Co z tego, że to miało sens, Superman zabił Zoda w ostateczności, by niewinni ludzie nie zginęli. Co z tego, że widać było po nim ból i złość, że musiał zabić ostatniego ze swojego ludu z Kryptonu. To nie zmienia faktu, że zabił.
    Można na tym zbudować mit o nadczłowieku, który po tym doświadczeniu będzie cenił życie innych ponad wszystko i już nikogo nie zabije, ale to nie dla mnie.
    Przepraszam, że się tak rozpisałem 😀
    Mam nadzieję, że chociaż komuś zechce się to przeczytać, a może też da mu to do myślenia 😉

    • Ja przeczytałem! Super komentarz, mam nadzieję na więcej takich (a to chyba Twój pierwszy u mnie, prawda?).
      Niestety, teraz nie jestem w stanie się do wszystkiego, co poruszyłeś odnieść, ale postaram się to zrobić albo jutro rano, albo w niedzielę wieczorem (na weekend wyjeżdżam).
      Zapraszam częściej! Uwielbiam osoby/czytelników, które mają tyle do powiedzenia. :]

      • Czekam na tę odpowiedź ;).
        Kilka rzeczy odebrałem inaczej.
        Zod, chociażby, był dla mnie niesamowity. Bardzo podobało mi się jak Shannon wykreował tę postać. Mimo – w sumie – sztampowości tej postacji, ani razu nie wątpiłem w jego motywację ani determinację. Arcyłotrowie to ciężka kwestia w kinie. Bardzo na tym ucierpiał ostatni Spider-Man, gdzie postać Connorsa nie obroniła się ostatecznie i nie uciekła przed nadmierną sztampowością.
        Kwestia walk jest w istocie ciekawa. O ile momentami rzeczywiście zaskakujący był brak starań Kal-Ela o przeniesienie miejsca walki na mniej zaludnione tereny (miasteczko), o tyle w przypadku zniszczenia modyfikatora światów, to decyzja zaatakowania tego na oceanie była podyktowana względami taktycznymi. Superman miał zniszczyć tamtą maszynę, żeby umożliwić atak “naszym” w Metropolis.
        A propo faktu, że Clark w końcu zabił – czy przypadkiem w mitologii Supermana jego decyzja o nie-zabijaniu nie wzięła się właśnie stąd, że wcześniej zabić musiał?

        • Miało być do niedzieli wieczorem, ale jednak życie mnie zaskoczyło. Mam nadzieję jednak, że już dziś strzelę jakąś dłuższą odpowiedź. :]

  • Dzisiaj na 19.15 do kina. Jak będzie dobry, to cię znajdę i ukatrupię za niezabranie mnie w poniedziałek! 😀

  • Dobra recenzja na pewno się wybiorę do kina, ale Kozo czy pojawią się jeszcze jakieś wideorecenzje? Trochę za nimi tęsknie.

    • Też tęsknię za robieniem ich… Zresztą, Man of Steel miało mieć formę video, ale po prostu nie wyrabiam.

  • Nie wiem, czy zwróciliście uwagę ale w trakcie walki z Zodem, pod koniec filmu, kiedy wylecieli na orbitę, rozwalili satelitę z logiem “Wayn tech” 🙂 BTW czy jest w filmach Nolana ok kiedy działa się akcja 3 części, bo w Man of Steel wspomnieli bodajże o lecie/jesieni 2014.

    • Sam jestem ciekawy, czy, jeśli od teraz będzie jakieś wspólne uniwersum DC, będą znowu Batmana rebootować. Ponieważ raczej ciężko tego nolanowskiego wciągnąć do większej serii. :]

    • Podepnę się tutaj. Czy w filmie wystąpiła cysterna z logiem firmy Luthera? Wydawało mi się, że mignęła, ale zaraz potem wybuchła i nie jestem pewien.

      • Były dwa takie wozy a la Fiat Ducato z szyldem LexCorp. :] A na satelicie z finału filmu było logo Wayne Tech (a przynajmniej tak czytałem, sam nie zauważyłem).

        • Logo WayneTech pojawia się, ale trzeba o nim wiedzieć i mocniej wytężyć wzrok – łatwo przeoczyć w czasie akcji, gdyż nie jest tak wyeksponowane jak to LexCorpu na cysternach 🙂

  • Właśnie wróciłem. Wow. Super film, choć dwie rzeczy mi się nie podobały (napiszę o tym przy innej okazji. Ale to co najważniejsze dla mnie było w tym filmie to gra na emocjach widza. Snyder wiedział, kiedy złapać mnie za serce (sceny, w których można uronić łzę), a kiedy złapać za gardło i ścisnąć (kilka sekund po tym, jak ludzie Zoda napastowują matkę eSa).
    Bardzo podobało mi się to, że w tym filmie było tak mało walk. Tutaj były bitwy, a nie walki między postaciami. Oczy z orbit, szczęka na podłodze. Dobry film. Spełnił oczekiwania.

    • Mnie powala to, że pojawiają się czasem argumenty, iż w MoS… było za dużo akcji. W filmie akcji (między innymi). Czasem nie potrafię nadążyć za niektórymi argumentami. ;-]
      Mi się podobały i bitwy, i walki. Bitwa o Krypton była genialna, tak samo jak pojedynek Clarka z Zodem. :]

  • Przybyłem, zobaczylem… i jestem zaskoczony. Pozytywnie 😀 Generalnie jestem marvelowskim nerdem, więc DC z zasady powinno byc złem, a Superman wyżej wymienieonym śmiesznym gościem_z_majtami_na_gaciach. Ok, jesli chodzi o przeciwnika – akrot dobrany dobrze, ale jego postawa była zbyt agresywna, a za mało zlowieszcza. Poprzedni Zod nie musiał kiwnac palcem żeby wzbudzac strach. Ale i tak calkiem udany występ. Nie rozumiem zupełnie szału związanego z Faorą… Ot postać w tle. Kilka dobrych scen… (chociaz walki z mysliwcami przypominaly Hulka z Avengers) Wykiwała ją Lois, troche wstyd ;p Ah, Lois… no tak. Zła kreacja postaci, zła aktorka, sztywna gra pseudoaktorska -tyle o niej.
    Kreacja świata, nic dodac nic ująć, genialna. Krypton był powalający.
    Ale najwazniejszy powód dla którego chce sie podzielic moja opinia o filmie jest glówny bohater. Nie, nie mówie o Kal-Elu, chociaz… blisko. Moim zdaniem, główną postacią w filmie jest Jor-El. Całośc stanowi jego plan. Najlepsze sceny akcji oraz przemowy nalezą do niego. I to tak naprawde on wygrywa bitwę o Ziemie (Ok, poprzez Supermana i Lois).
    moim zdaniem ta postac ukradła cała uwage jeśli chodzi o ten film.
    I niestety też niezgadzam sie z Tobą co do sceny śmierci Johnatana – była potrzebna i świetnie zrobiona (choć sam przebiek akcji troche w stylu pierwszego Spider-Mana).
    Podobały mi sie smaczki dla fanow – satelita Wayne’a, cysterna LexCorp’u no i pani kapitan Ferris. Licze, ze Synder z powodzeniem zbuduje filmowe uniwersum DC na tym filmie.
    Niestety musze przyznac – z cięzkim sercem – lepszy od Iron Mana 3, który był całkowitą tegoroczna klapą.

  • Nie czytam tekstu, żeby się niczym nie sugerować, oczywiście nadrobię po seansie.
    Mam pytanie – warto iść na czyde?

    • Raczej nie warto – jak zwykle, niestety. Ale jeśli możesz wybrać seans z jakimś naprawdę wypasionym udźwiękowieniem, to na to z kolei warto. Oprawa audio jest rewelacyjna!

      • Wszystkie seanse 2D zaczynają się u mnie po 20. ;(
        Czyli odpada, nie będę o jedenastej w nocy włóczył się po mieście.
        Pójdę na czyde.
        Udźwiękowienia też nie ma wypaśnego. Ech.
        Dziękuję za odpowiedź. 😉

        • Co prawda teraz już odpowiadam z większym opóźnieniem niż na poprzedni komentarz, ale… polecam się również na przyszłość. :]

  • *Skopany wątek Lois – S.
    *Ci ludzie prawie przygnieceni wieżowcem nie interesowali mnie tak bardzo i do ostatnich chwil, kiedy to okazało się, że nie miałem racji, sądziłem, że ten biały jest homoseksualistą.
    *Świetnie wyszły sceny lekkie – rozmowa u tych żołnierzów, „Nie będziesz krzywdził mojej mamy”, satelita szpiegowski.
    Było sympatycznie, ale się nie zakochałem. Czegoś zabrakło.
    Jeżeli kogoś obchodzi, to więcej tu:
    http://omnesetnihilo.wordpress.com/2013/06/28/czlowiek-ze-stali-w-goracej-wodzie-kapany/

  • Patrząc po recenzji, to z kina wyszedłem z dużo mniejszym entuzjazmem niż Ty. Ot, materiał źródłowy zawsze uważałem za mocno obciachowy, nawet jak na komiksiarski światek; no i Zack Snyder to dla mnie przereklamowany wyrobnik, a nie reżyser 😉
    Film jest mocno nierówny. Najpierw naprawdę sympatyczna akcja na Kryptonie, potem dłużąca się tułaczka po świecie Kenta oraz cały “origin”, które zaczynały w pewnym momencie mnie nużyć, a potem nagła zmiana tempa i chyba godzinna rozpierducha na ekranie (która po jakimś czasie…zaczęła męczyć). Technicznie film jest zrealizowany iście epicko, ale miałem wrażenie, że sporo motywów została zerżniętych z innych źródeł (min. z Mass Effect).
    Co do minusów, które Ty wymieniłeś, to:
    1. Zachowanie i śmierć Papy Kenta w tej scenie były głupie. Clark był pokazany już jako dorosły, więc równie dobrze mógł się ujawnić (tym bardziej, że po akcji z busem musiał już mieć w Smalville status “innego”). Ale nawet olewając ten wątek, to na filmie widać, że spokojnie wystarczyło by mu czasu, by podbiec (po ludzku) do ojca i mu pomóc.
    2. Okładkę zauważyłem tylko dlatego, że przed seansem przeczytałem Twoją reckę 😉
    3. Superman bez flagi Hamburgerolandii? Toż to świętokradztwo! Poza tym ta flaga nie biła po oczach tak, jak chociażby w którymś Spidermanie. A co do motywu z wsadzaniem jej do większości katastroficzno-bohaterskich-patetycznych filmów, to od dawna przestało mnie to dziwić, a nawet powoduje drobny podziw, że Amerykanie są tak zwartą i patriotyczną nacją.
    4. Słaby dialog to główny minus, ale imo nie chodziło o dodatkowy patos, a dodatkowe podkreślenie mesjanizmu Supermana maglowanego przez całą część originową (kurde, nawet nosi brodę jak Jezus! 😉 ). Fakt, scenę przydałoby się napisać na nowo.
    Zajrzyj do mnie, przyczepiłem się kilku innych baboli 😉
    http://gramyse.com/czlowiek-z-aluminium/

    • Co dokładnie miałeś na myśli mówiąc o “inspiracji” mass effect-em gdyż jestem niepodważalnym fanem serii i z chęcią posłucham. 🙂

  • Zapowiedź jakoś zupełnie mnie nie przekonywała. Historia poprzednich częsci również. Ale jakoś wierzyłem w Nolana i zupełnie się nie zawiodłem. Miłe kino relaksujące na wieczór. Fajnie, że dali możliwość wyboru 2d lub 3d. Osobiście jakoś wole 2D bo tych efektów w kinie jakoś nie widać niestety. Wracając do filmu, swietny i te “smętne” momenty i efekty bitwy jak to ktoś napisał. Nawet moja żona wyszła zadowolona( ta pewnie z klaty supergościa;p). I na końcu Clark wyglądał bardzo podobnie do CK ze Smallville, ciekawe czy to celowy zabieg??:). Henry Cavill- największe zaskoczenie. Dla mnie zagrał super i bardzo pasował mi do tej roli Co do Lois to cięzko mi ją oceniać .. Lois jednak mogłaby być ciut ladniejsza .. aczkolwiek nie w stylu laski z transformers 3, więc może sie czepiam:)

  • W kwestii Man of Steel można napisać wiele więc postaram się nie rozsiadać w tym temacie za długo. Uważam, że choć podobał mi się bardzo to jest tu kilka rzeczy które pozostawiły ogromny niedosyt i od nich zacznę.
    Przemiana bohatera była znacznie za krótka, mało treściwa potraktowana po macoszemu odniosłem wrażenie, że z filmu usunięto wiele treści i choć starałem się sobie tłumaczyć i usprawiedliwiać taki stan rzeczy to podczas kolejnego i kolejnego seansu poważnie utrudniało mi to jego odbiór.
    Kolejną kwestią pozostaje zdecydowanie za uboga w treść spotkania z ojcem. Brak motywu podejmowania nauk poznawania świata i samego siebie swoich możliwości przez co nie jesteśmy w stanie zapoznać, skonfrontować się z przecież niekwestionowaną i dobrze znaną z komiksów ogromną inteligencją Kal El- w zamian
    dostajemy krótką historię rasy kto jest zły a kto dobry żeby w końcu zobaczyć Klarka już po przemianie…! hmm ..?!&*%%$
    Podsumowując na filmie ubawiłem się przednio, nie tyle zaakceptowałem odtwórcę głównego bohatera to stwierdziłem, że jest on wiarygodny w kreacji którą stworzył. Niepodważalnie inny od poprzedników ale zarazem taki jakim moim zdaniem stalowy powinien być.
    Kostium o którego możliwą bezpłciowość martwiłem się przed seansem sprostał zadaniu i na dobre zapisał się w historii ekranizacji o człowieku ze stali.
    Muzyka choć bez jednego charakterystycznego motywu przewodniego rewelacyjnie podkreśla jego dynamikę i buduje klimat. To film któremu z przyjemnością poświęciłbym dodatkowe 30-40 min gdyby było mi dane zakosztować więcej z jego treści.
    Man of steel to ekranizacją na jaką czekał nasz obcy w rajtuzach od lat i nie ulega to wątpliwości!

  • Fanem Supermana nie jestem film jednak mi się podobał znacznie bardziej niż IM 3.
    Zod podobnie jak Khan w drugim Star Treku J.J.Abramsa jest postacią zdecydowaną, pewną siebie, gotową zabijać i niszczyć by osiągnąć cel, a nie jakimś ex nerdem z kompleksami i ilorazem inteligencji tępego wieśniaka :).

  • […] Jak wspomniałem we wstępie, gdy twórcy postanowili zekranizować swoją ulubioną grę, najpewniej przechodzili ją w trybie nieśmiertelności, strzelając do wszystkiego i wszystkich. W filmie pada nawet taka kwestia, w której Agent 47 jest pytany, czy może by tak po cichu nie obejść zagrożenia. Odpowiada na to, że absolutnie nie, przeciwnościom losu trzeba stawiać czołu i właśnie z tego względu… detonuje fabrykę silników odrzutowych. Czy jakąś pochodną tejże fabryki. Słowo daję, że podczas przejażdżki Agenta 47 po mieście zginęło chyba więcej osób, niż podczas obrony Metropolis przez Supermana w „Man of Steel”. […]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: