Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Żywe Trupy, cz. 1 oraz 2 – Słuchowisko z zombie w tle

Ż

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie spróbowania swoich sił z audiobookami. Nie jest tajemnicą, że wracając do domu tramwajem z pracy człowiek po prostu nie ma siły na cokolwiek. Zawsze staram się zebrać w sobie – pisać i czytać. Ale czasem zużycie materiału bierze nade mną górę i, jak to się ładnie mówi, marzę tylko i wyłącznie o zamknięciu oczu i przycięciu komara. A to skutecznie utrudnia i pisanie, i czytanie, jak się zapewne domyślacie. Słuchanie muzyki, choć absolutnie genialne, nie zawsze zaspokaja zaś moją potrzebę na popkulturalną konsumpcję. Stąd właśnie ten pomysł na audiobooki. Ciągle tylko nie wiedziałem, od czego zacząć…
…zaś odpowiedź przyszła sama, dosyć niespodziewanie. Dostałem bardzo miłą propozycję zrecenzowania słuchowiska o żywych trupach opartego na kanwie komiksu “The Walking Dead”. Jak się zapewne domyślacie – dla mnie jest to tematyka jak znalazł. Starczy powiedzieć, że łączy w sobie zombie z powieściami obrazkowymi i to jeszcze w formie audio. Musiałem spróbować. Z wyzwaniem się zmierzyłem i… jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony, mimo początkowego sceptycyzmu w stosunku do tego całego “słuchania komiksu”. Wybaczcie mi tylko proszę brak wymyślnych porównań w tekście – jest to mój pierwszy audiobook, więc, siłą rzeczy, będzie to też pierwsza recenzja audiobooka, połączona przy okazji z wrażeniami z takiej formy konsumpcji popkultury.

Na pierwsze dwa tomy słuchowiska “The Walking Dead” składa się dwanaście zeszytów, co daje tożsamą liczbę ścieżek dźwiękowych – każda liczy sobie pi razy drzwi kwadrans. Akcja zaczyna się od najgorszego przebudzenia w życiu naszego głównego bohatera, którego poczynania od teraz będziemy śledzić. Rick właśnie przeckął się ze śpiączki. Nie ma pojęcia, jak długo mógł leżeć – pamięta tylko tyle, że podczas ostatniego patrolu został postrzelony. Wygląd otoczenia szybko jednak sprawia, że mgła znika mu sprzed oczu, a na pierwszy plan wychodzą znacznie ważniejsze problemy niż to, jak długo był nieprzytomny. Na jego wołanie nie reaguje nikt z obsługi szpitala, zaś sam pokój, w którym się znajduje, robi wrażenie cokolwiek chaotycznie. Po mocno nieprzyjemnym, ze względu na zastałe mięśnie, powstaniu z leża, rutynowe oględziny szpitalnego przybytku wypadają przerażająco. W zasięgu wzroku nie widać żadnej żywej duszy, jest za to przynajmniej kilka nieżywych, za to całkiem żwawych. Szybko analiza otaczającej Ricka rzeczywistości wskazuje niezbicie na to, że zmarli powstali z grobów i ucztują sobie w najlepsze, przegryzając leżące tu i ówdzie ludzkie resztki.

Choć zombie to bardzo płodny, horrorory temat, tak naprawdę “The Walking Dead” jest zdecydowanie bardziej dramatem obyczajowym i powieścią drogi niźli tylko straszakiem w stylu klasyków gatunku w reżyserii Romero. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli napiszę, że Rick ma wiele szczęścia i udaje mu się odnaleźć jego żonę i syna, którzy wyruszyli w kierunku Atlanty w poszukiwaniu schronienia. Niestety, rzeczona aglomeracja została doszczętnie opanowana przez ciepłych inaczej, zaś obiecana pomoc wojskowa nigdy nie nadeszła. Pozostawieni sami sobie, nieliczni ocaleni muszą nauczyć się żyć w nowym świecie, zdając się tylko na siebie. Historia w bardzo dużym stopniu skupia się na relacjach międzyludzkich, narrację prowadząc w dosyć spokojny, stonowany sposób, co nie znaczy, że kompletnie szczędzi mocnych wrażeń. Bynajmniej. Co więcej, właśnie dzięki owemu pozornie powolnemu tempu wszystkie bardziej dynamiczne wydarzenia robią tym większe wrażenie.

Początkowo miałem problem wciągnąć się w słuchanie “Żywych trupów”. Miałem wrażenie, że brak możliwości skupienia wzroku czy to na tekście, czy na ilustracjach, sprawia, że nic z przesłuchanej treści nie zostaje mi w głowie. Jednak po około czterech-pięciu odcinkach przyzwyczaiłem się do nowego dla mnie medium i… z każdym kolejnym “zeszytem” czułem się coraz bardziej wciągnięty. Dodam też, że zdecydowanie pomogła mi w tym wypadku wymiana słuchawek na takie, które skutecznie wyciszały dźwięki otoczenia. Dzięki temu zabiegowi słyszałem 100% tego, co dzieje się w audycji – jadąc tramwajem, nie jest to wcale takie oczywiste. Jeśli sami też zastanawiacie się nad słuchaniem audiobooków w podróży, a jeszcze ich nie testowaliście, to miejcie to na uwadze.

Warto jeszcze na chwilę pozostać przy kwestiach fabularnych. Jak zapewne większość z Was wie, “The Walking Dead” to aktualnie naprawdę wielka seria i mam tu na myśli nie tylko jakość (której jeszcze nie jestem w stanie w pełni oceniać), ale też to, jak się rozrosła na kolejne środki przekazu przez lata. Zaczęło się od komiksów, a teraz mamy nie tylko niniejsze słuchowisko, ale też serial i kilka gier. Jak więc fabularnie stoi audiobook? Na podstawie pobieżnej oceny mogę chyba powiedzieć, że dosyć wiernie trzyma się komiksowego oryginału. Jestem też po pierwszym sezonie serialu i… widzę tu naprawdę duże różnice. Inaczej są prowadzone niektóre relacje, inna jest też… nazwijmy to: długość życia poszczególnych bohaterów. Czy jest lepiej albo gorzej? Jest inaczej, mam wrażenie, że bardziej przyziemnie. Charakter opowieści jest bardziej stonowany w stosunku do tego, co dzieje się w telewizyjnej adaptacji.

Jak mi się wydaje, jedną z ważniejszych technicznych kwestii w przypadku takiej formy podania opowieści, jest sposób montażu dźwięku. W “Żywych trupach” przez prawie cały czas było doskonale, ale zdarzały się rozmaite basowe odgłosy tła, które nieprzyjemnie zagłuszały aktualnie trwający dialog. Były to jednak sporadyczne problemy, które nie utrudniały za bardzo odbioru całości. Z kolei montaż wszystkich efektów specjalnych zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Raz że wszelakich odgłosów, bardzo dosadnie ilustrujących wydarzenia, było niesamowicie dużo, a dwa, że świetnie były wkomponowane w treść i narrację. Mam uczucie, że mlaszczący dźwięk towarzyszący stołującym się zombie, będzie mi się jeszcze przez jakiś czas śnił po nocach.

Odrobinę mieszane uczucia wzbudziła we mnie część aktorów epizodycznych, w szczególności w przypadku ról dziecięcych, które wypadły umiarkowanie wiarygodnie. Nie chcę jednak robić z tego wielkiego problemu, ponieważ z najmłodszymi często jest problem, a że w “Żywych trupach” nie ma ich tak znowu dużo, nie byłem aż tak często wybijany z klimatu opowieści. Szczęśliwie, wszystkie główne role zostały zagrane w bardzo przyjemny sposób, zaś głosy aktorów były na tyle charakterystyczne, że nie miałem problemu z rozróżnieniem poszczególnych postaci nawet bez pomocy narratora.

Pierwsze wrażenia ze słuchania audiobooka mam bardzo przyjemne. Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut wybrałem sobie pozycję dosyć specyficzną – w końcu udźwiękowiona wersja komiksu a nie książki. Tego drugiego rodzaju audycji też będę musiał koniecznie spróbować*, żeby móc sobie wyrobić opinię i porównać. A tymczasem… będę sobie chciał najpierw sięgnąć po kolejne dwa tomy “The Walking Dead”, ponieważ ta seria bardzo przypadła mi do gustu.

*A skoro jesteśmy już przy próbowaniu audiobooków opartych o beletrystykę – możecie mi polecić coś ciekawie wykonanego?

komentarzy 17

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Ja właśnie się zastanawiam nad audiobookiem. Choć w nadchodzącym nowym roku planuję zakupić komiks. Jedynie w co zainwestowałem jak do tej pory to Jakub Wędrowycz. Wiem, że to prymitywne co napiszę ale dla mnie audiobooki to forma do posłuchania przed pójściem spać. Taka terapia, jak zasnąć nie mogę 😀

    • E tam, prymitywnie – mam podobne podejście i nie widzę w tym nic złego. ;-] Audiobook wydaje mi się świetny właśnie na te momenty, kiedy nie ma się już naprawdę siły robić nic innego, ale masz potrzebę pochłonąć jeszcze trochę (pop)kultury. :-]

  • Narrenturm miał jakąś UBER wypasioną wersję. Słuchałam też fragmentów Wiedźmina biegając – i było fajnie 🙂

    • Większość komentarzy wskazuje właśnie na Narrenturm, więc chyba faktycznie będzie następne na liście. :-]
      Za Wiedźmina wolę się nie brać – czytałem go z 10-12 lat temu, miałem cudowne wrażenia i nie chciałbym tego przez przypadek popsuć. Nie wiem, czy teraz podobałby mi się tak bardzo.

  • Ech, ze słuchowiskami – czyli lekturami nagranymi z podziałem na role, doświadczenie mam mizerne, bo tylko Chmielewska i jej “Wszystko czerwone” (straszne barachło z tego wyszło. Jeśli jednak zdecydujesz się na audiobooka czytanego przez jednego tylko lektora, gorąco polecam Rocha Siemianowskiego. Mistrz.

    • OK, dziękuję, będę miał to na uwadze. :-]
      Przy okazji, Twój komentarz zwrócił mi na to uwagę – czy słuchowisko i audiobook rozróżnia się właśnie na podstawie sposobu realizacji? Jeśli mamy lektora, który “po prostu czyta książkę”, to mamy audiobooka, a jeśli mamy z podziałem na narrację i poszczególne role, to słuchowisko? Czy raczej nie ma w tym zakresie sztywnego podziału?

      • Nie, czytana książka to audiobook, a czy to jest jeden lektor, czy wielu, to już wydawcy dookreślają “głębiej”, w opisie.
        Słuchowisko to coś w rodzaju luźnej interpretacji tekstu.

        • Czyli w pierwszym komentarzu źle napisałam, powinnam napisać “z audiobookami nagranymi z podziałem na role”.

  • Zdecydowanie Narrenturm i inne audiobooki wykonane w podobnym stylu (pełna obsada, efekty itd.) – Wiedźmin, Blade Runner, Niezwyciężony Lema (http://audioteka.pl/niezwyciezony/#Ladowanie), Gra o Tron i pewnie inne, o których nie słyszałem.
    Zwykłe audiobooki też mają swój urok, dobry lektor potrafi tak modulować głos, żeby wszystko było doskonale zrozumiane. Jednak dużo bardziej przypomina to zwykłe czytanie książki niż słuchanie jakiegoś nowego medium. BTW polecam aplikację Audioteki – świetnie się sprawuje.

    • OK, dzięki – postaram się ją przetestować. A jako że wszyscy wskazują właśnie na Narrenturm, to może właśnie od tego zacznę, jak się już przebiję przez kontynuację Żywych Trupów.
      Zaś takiego audiobooka z samym jednym lektorem też będę chciał spróbować – jestem po prostu ciekawy wrażeń. :-]

  • Ze swojej strony bardzo goraco polecam biografie Steava Jobsa w formie audiobook’a. Rewelacyjnie sie tego slucha, nie ma dluzyzny (to akurat zaluga samej ksiazki). Caly czas do sluchacza docieraja ciekawe informacje, ktore (przynajmniej mnie) troche otworzyly oczy na firme, ktora stworzyl Jobs. Lektor rowniez jest bardzo przyjemny w odbiorze.

    • O, to jest genialny pomysł – dzięki! Lubię takie książki, a w wersji do słuchania wydają się wręcz idealnym rozwiązaniem. Raz, że człowiek dowie się ciekawy rzeczy, a dwa, że miło spędzi czas.
      A powiedz, słuchałeś po polsku czy po angielsku?

      • Sluchalem polskiej wersji, jest naprawde wciagajaca. Tak jak pisalem wczesniej lektor jest wporzadku, nie meczy. A sama tresc wysmienita. Nie raz sie zlapalem na tym, ze zamiast robic cos w pracy zawieszalem wzrok w jednym punkcie i sluchalem ksiazki 😉

        • Super, jeszcze raz dzięki w takim razie za polecenie. Muszę sobie gdzieś zapisywać takie rzeczy. :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: