Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Zombie Apocalypse – Wypchany miłością… i C4

Z

Byłem bardzo ciekaw, co wyjdzie z Zombie Apocalypse. Zapowiadało się bardzo przyjemnie, ale też miało wyjść w okresie, kiedy wszyscy będą rozpieszczeni letnimi hitami z XBLA. Shadow Complex, Trials HD, Splosion Man… Z taką konkurencją nie ma zabawy. Albo jest się dobrym, albo ma się połamane palce. Takie życie. Taki lajf. Czy Zombie Apocalypse obroniło się i nadal ma sprawne wszystkie stawy?

“Finally, a demon I can actually kill.” – Natalie, schizophrenic

Założenia Zombie Apocalypse są niezwykle proste. Nasz bohater utknął w mieście, z którego żywe trupy właśnie zrobiły sobie ośrodek wypoczynkowy i stołówkę w jednym. Ze SPA i open barem. W roli przystawek występują ludzie, którzy jeszcze nie zostali zainfekowani. My musimy im pomóc i, co najważniejsze, samemu też przeżyć. Przed nami 55 dni walki o przetrwanie.

Wszystko to zostało ukazane w rzucie izometrycznym, z kamerą bardzo oddaloną od postaci, dzięki czemu łatwo rozeznać się w sytuacji. A ta zawsze jest krytyczna. Jednorazowo potrafi nas atakować po kilkadziesiąt zombie. Miałem wrażenie, że momentami liczba przeciwników jednocześnie próbujących mnie ugryźć sięgała okolic setki. I trzeba to zaznaczyć – adwersarze faktycznie przechodzili do ofensywy jednocześnie, a nie jeden po drugim, wystawiając się na bezlitosny łańcuch naszej piły motorowej. Łatwo zdecydowanie nie jest i pierwsze zgony można zaliczyć już nawet na samym początku. Z czasem zaś można odnieść wrażenie, że gra staje się wręcz absurdalnie trudna i chaotyczna. Są to jednak w dużej mierze jedynie pozory, gdyż w Zombie Apocalypse umiejętności grają bardzo ważną rolę i nie ma mowy o ginięciu „przez przypadek”. Nawet ten pozorny harmider, spowodowany dziesiątkami umarlaków, można po pewnym czasie ogarnąć wzrokiem i jakoś uporządkować, wykorzystując do tego celu karabin maszynowy.

Skoro o jednym z narzędzi mordu mowa, muszę pochwalić twórców za zapewnienie niesamowitej różnorodności. Dostaliśmy zarówno single’a, jak i multi pozwalające grać na raz maksymalnie czterem osobom. W każdym z przypadków możemy ustawić jeden z trybów gry – na przykład taki, który pozwala jedynie na korzystanie z pił mechanicznych, albo jeszcze bardziej przyśpieszający tempo akcji. Do tego dochodzi przyzwoicie skrojony garnitur pukawek. Każdy z rodzajów broni wymaga bardzo indywidualnego podejścia i nie ma tu za bardzo miejsca na typy słabsze czy mocniejsze. Każdy rodzaj wyposażenia ma swoje wady i zalety, więc jedynie do gracza należy wybór narzędzi, którymi najłatwiej mu się operuje. Gwoli ścisłości, mamy tu takie klasyki, jak pila mechaniczna (z dostępną opcją krwawej egzekucji), bazooka, granatnik, minigun, koktajle Molotova czy kultowy shotgun.

Z drugiej strony, bardzo zawiodłem się liczbą dostępnych miejscówek. Niby dni do przetrwania jest łącznie 55, ale aren jest tylko… siedem. Tak, dobrze widzicie. Po prostu, co tydzień dostajemy jeszcze raz ten sam zestaw map, lecz z bardziej wymagającymi przeciwnikami. Z czasem do zwykłych zombie dołączają, kamikadze, mordercze babcie z gigantycznymi nożami kuchennymi czy też stróże prawa z Dzikiego Zachodu. Doceniam pomysłowość twórców w zakresie kreowania zróżnicowanych wyzwań, ale… czemu tylko siedem map? Żeby chociaż powalały rozmachem, ale niestety – w tym zakresie tez można się zawieść. Oszem, miejscówki są pomysłowe i bogate w różne elementy, pozwalające na finezyjne wykończenie przeciwnika, ale to jednak za mało.

“God gave us the power to destroy ourselves. I’ve been practicing for 47 years.” – Ed Fragsen

Przez mały zestaw map, Zombie Apocalypse robi się nużące już po godzinie zabawy, jeśli gramy samotnie. Wtedy pozostaje już głównie odpalanie gry raz na jakiś czas, by uporać się z kolejnymi dniami. Podawana w małych dawkach, Apokalipsa Żywych Trupów potrafi nieźle bawić, ale i tak po kwadransie człowiek zaczyna odczuwać przesyt. W szczególności, że – jak wspomniałem – momentami jest aż nazbyt trudno. Co prawda, liczba żyć jest praktycznie nieskończona, ale wiadomo, że w pewnym momencie każdego zirytuje napis „continue”.

Sytuacja zmienia się niemalże diametralnie, gdy odpalimy tryb multi. Nawet jeśli nie mamy akurat jakichś znajomych pod ręką, wystarczy podłączyć się do dowolnej czteroosobowej gry, by bawić się naprawdę świetnie. Zombie Apocalypse automatycznie wymusza na całej drużynie grę zespołową – czy uczestnicy tego chcą, czy też nie. Dlatego nie trzeba się martwić, że zostanie się osamotnionym i zjedzonym przez truposze w jakimś zapomnianym zakątku mapy. Grając z innymi, bardzo łatwo zapomnieć o takich dobrach nauki, jak zegar na biurku, co gwarantuje w efekcie dosypanie dodatkowych łyżeczek rozpuszczalnej kofeiny do porannej kawy. Testowane na zwierzęciu (niżej podpisanym zresztą).

Nie mogę też przemilczeć jednej bardzo ważnej rzeczy, która przykuła moją uwagę. Otóż, w grach konsolowych bardzo często pomijana jest kwestia jakości połączenia podczas wybierania partyjki z listy dostępnych serwerów. Na szczęście, autorzy Apokalipsy według Świętych Zombie taką funkcjonalność u swojego dziecka zaszczepili i to z sukcesem. Dla właścicieli PeCetów jest rzecz wręcz oczywista, ale konsolowcy już nie mają tak lekko. Dlatego tez nie mogłem o tym nie wspomnieć.

“Girls are like RPG’s: You gain XP as you go along, but the fights always get tougher.” – Jimmy86

Dla odmiany, nie mogę przyczepić się do oprawy. To miłe ze strony twórców, że zrobili coś bez zastrzeżeń. Graficznie całość prezentuje się bardzo spójnie i estetycznie. Postacie są znacznie lepiej animowane niż się spodziewałem po przejrzeniu materiałów prasowych przy okazji pisania zapowiedzi. Do tego dochodzą naprawdę ładnie zaprojektowane lokacje i świetnie dopracowane żywe trópy. Niby wszystkie postacie są dosyć mikrych rozmiarów ze względu na zastosowaną skalę, ale nawet w tej sytuacji robią wrażenie. Jeśli zaś jesteście fanami hektolitrów krwi wkomponowanej w piach i żwir, trafiliście pod właściwy adres. Ba, nie zabrakło nawet miejsca na algorytm zliczający liczbę urwanych kończyn!

Równie dobrze ma się sprawa z dźwiękiem. Już na wstępie zwróciła moją uwagę niepokojąca melodia, przygrywająca w menu. Dobre wrażenia zostały przypieczętowane odgłosami otoczenia i jękami ćwiartowanych umarlaków. Miłym akcentem na podsumowanie strony audio są odzywki postaci. Po każdym dniu, który udało się przetrwać, bohaterowie częstują nas swoimi zwycięskimi okrzykami. Ich jedyną wadą jest mała liczba – tylko po jednej, dwie na każdego z protagonistów. A szkoda, byłoby jeszcze więcej powodów do śmiechu.

Turn your head, and DIE! – Harlan Woods

Tak, jeśli zastanawiacie, czy w takim tytule faktycznie jest się z czego śmiać, to śpieszę z odpowiedzą – jest! Zobmie Apocalypse jest po prostu wypchany po brzegi zabawnymi tekstami, które albo obrazują historię wybranej przez nas postaci, albo tez otwierają kolejny dzień polowania na umarlaki. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się zaśmiać w głos, gdyż po prostu poczucie humoru twórców przemawiało do mnie w 100%. Chyba najlepszym dowodem na to jest fakt, że recenzja gry z XBLA na ogół nie jest materiałem na tyle rozbudowanym, by było go trzeba dzielić na sekcje przy pomocy śródtytułów. Ale ja po prostu nie potrafiłem zmarnować tylu złotych myśli!

Mimo kilku godzin naprawdę niezłej zabawy, ocenienie Zombie Apocalypse nie jest najłatwiejsze. Jeśli nie macie złotego abonamentu na Xbox Live, gra od Nihilistic Software znudzi się wam w ciągu niemalże chwili. Takie tytuły rozwijają skrzydła dopiero w mutli i to najlepiej podczas partyjek z kumplami. Dlatego ostatecznie na konto twórców wędruje mocna siódemka. Jeśli jednak chcielibyście kupić ten tytuł pod kątem wieczornego spotkania na Live ze znajomymi, dostawcie sobie jeszcze jedno oczko.

2009-10-07. Tekst napisany na zlecenie portalu Gaminator.tv.

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze