Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Wieszać każdy może, Andrzej Pilipiuk

W

Dwa i pół roku – dokładnie tyle przyszło nam czekać na piąty tom opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, którego liczne tytuły, z pasożytem społecznym na czele, spokojnie mogłyby zapełnić pierwszy akapit dowolnej recenzji. Przypuszczam jednak, że każdy szanujący się fan polskiej fantastyki, nawet jeśli o nim nie czytał, to samą postać sławnego menela-egzorcysty zna dobrze. Przed premierą “Wieszać każdy może” myśli wielu jego wielbicieli były zaprzątnięte jednym nurtującym pytaniem: Czy piąty tom przyniesie wreszcie jakiś powiew świeżości, którego trochę brakowało przy “Zagadce Kuby Rozpruwacza”? Otóż, moi drodzy, przyniósł!

Tym razem motywami przewodnimi są komunizm i… uwaga… prawnuk Jakuba, Piotruś Wędrowycz! O ile pomysły związane z tworzeniem przez Lenina komuny w egipskich zaświatach od początku uznałem za genialne, o tyle do idei wprowadzenia bohatera dziecięcego podchodziłem sceptycznie. Większość z Was pewnie zauważyła, że takie zagrania potrafią negatywnie wpływać na jakość powieści. Całe szczęście, Andrzej Pilipiuk genialnie rozwinął swój pomysł, dzięki czemu przygody Piotrka rozbroją zapewne wszystkich fanów serii – wystarczy chociażby napomknąć o uciekaniu z niewoli egipskiego sułtana czy unieszkodliwianiu hordy wampirów. Nowy Wędrowycz, to dokładnie wszystko to, co zdążyliśmy już pokochać, tyle że podane w odświeżonej formie.

“Wieszać każdy może” ma kompozycję podobną do “Czarownika Iwanowa” – na dzień dobry dostajemy kilka dobrych, luźno ze sobą powiązanych opowiadań, by później przejść do dania głównego, czyli mini-powieści “Pola Trzcin”. Tym razem Jakub ma za zadanie zneutralizować potężną egipską klątwę, która zagraża polskim archeologom, poszukującym grobowca Amenhotepa. Przy okazji przyjdzie mu również stawić czoła Leninowi i Dzierżyńskiemu, którzy, po podporządkowaniu sobie egipskiego królestwa zmarłych, powrócili między żywych, by jeszcze raz przeprowadzić rewolucję. Na deser zostaje lektura “Wieśmina”, pióra Michała Smyka – zwycięzcy konkursu zorganizowanego m.in. przez Fabrykę Snów. Zdradzę tylko tyle, że treść owej pracy jest kolejnym dowodem na spory dystans, jaki ma do siebie Andrzej Pilipiuk.

Opłacało się czekać, opłacało. Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że Jakub jest w najwyższej formie i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że nic już tego nie zmieni. Jeśli tendencja wzrostowa dalej się utrzyma, to premiera każdego kolejnego tomu przygód Wędrowycza będzie dla nas okazją do świętowania. Można jedynie żałować, że książka tak szybko się kończy…

Technikalia:

Fabryka Słów – nic dodać, nic ująć. Grzbiet się nie łamie, a kartki nie wypadają, nawet przy intensywnym używaniu książki (a jak wiadomo, wszystkich książek o Wędrowyczu używa się intensywnie – wystarczy choćby wymienić walenie nimi o blat, gdy fala śmiechu jest zbyt trudna do powstrzymania). Ilustracje i projekt okładki są, tradycyjnie już, dziełem Andrzeja Łaskiego. Po napatrzeniu się na prace owego grafika przy okazji czterech poprzednich tomów, ciężko o obiektywizm. Dlatego ograniczę się po prostu do stwierdzenia, że trzymają poziom, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

19.11.2006

komentarze 4

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Byłem, przeczytałem, nie mam nic do dodania – zaznaczam tylko swoją obecność 😉

  • Tekst przyjemny, czuję się zachęcona do tej lektury… Zaraz po “Świecie finansjery” 😉

  • Proponuję zacząć wtedy od pierwszego tomu – z tego, co pamiętam, przy nim najlepiej się bawiłem. :]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: