Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

The Amazing Spider-Man – roczniki 1962-1963

T

Spider-Man zawsze był moim ulubionym superbohaterem. Nigdy szczególnie nie lubiłem komiksów i nie interesowałem się nimi. Batman, Superman – te postacie oczywiście znałem, ale szczególną sympatią ich raczej nie darzyłem (choć w pierwszym przypadku stan rzeczy się zmienił wraz z premierą filmów Nolana). Zaś Spider-Man… Tak, jak się było w podstawówce, to się oglądało i kreskówkę – do dziś uważam, że genialną, tak swoją drogą – i czytało się komiksy. Tych ostatnich było co prawda jak na lekarstwo i wychodziły bardzo nieregularnie, ale jako że dzieciaki mają masę czasu, filowałem przy kiosku aż upolowałem nowe wydanie.

Raz na jakiś czas nachodzą mnie nostalgiczne wspomnienia związane z postacią Człowieka Pająka. Ostatni taki „atak” miałem niespełna tydzień temu. Wtedy to – po raz kolejny zresztą – postanowiłem spróbować swoich sił z początkami jego kariery. Wraz z wujkiem Google’em zacząłem analizować historię Spider-Mana, żeby wiedzieć, od czego zacząć. Już myślałem, że cały plan spali tradycyjnie na panewce, ale tak się jednak nie stało…

Fakty i chronologia

Najpierw wziąłem się za ustalenie pewnych faktów. Dowiedziałem się, że Człowiek Pająk będzie miał już całkiem niedługo… 50 lat na karku. Tak, tak – początki tej postaci sięgają roku 1962, kiedy to miał swój, ponoć, głośny debiut w komiksie „Amazing Fantasy” numer 15. Jak głosi wieść, popularność zdobył niemal natychmiast, dlatego też bardzo szybko otrzymał własny periodyk – jedyny, niepowtarzalny, do dziś nieprzerwanie publikowany… „The Amazing Spider-Man”!

Zanim jednak przejdę do opisu wrażeń z lektury, zakończmy kwestię faktów. Otóż, początkowo Spider-Man pojawiał się w kioskach co dwa miesiące, ale już bodaj w roku 1963 ten stan uległ zmianie i Pajęczak był drukowany co cztery tygodnie. Mniej więcej do końca lat 70-tych łatwo jest nadążyć za chronologią. Wszystkie ważne wydarzenia mają miejsce w serii „The Amazing Spider-Man”. Do tego, równolegle pojawiała się seria „Marvel Team-Up”, w której prawie zawsze jedną z głównych ról miał właśnie Peter Parker, ale jak udało mi się ustalić – zawsze były to historie poboczne, których czytanie nie było niezbędne do zrozumienia wątku głównego.

Czemu się o tym rozpisuję? Ponieważ bodaj w latach 80-tych (a już na pewno w 90-tych) wszystko zaczęło się komplikować. Najpierw pojawiła się druga główna seria o Człowieku Pająku i był to „Spectacular Spider-Man”, którego akcja rozgrywała się w tym samym uniwersum. Sęk w ty, że w przeciwieństwie do „Marvel Team-Up”, akcja „Spectaculara” często zazębiała się z „Amazingiem”. Innymi słowy – w tych latach trzeba czytać już dwa tytuły, żeby nadążać za wydarzeniami. Jeszcze „ciekawiej” robi się wtedy, gdy wydawca postanowił anulować „Marvel Team-Up”. Na jego miejsce wskoczyło „Web of Spider-Man”, które… tak, tak – było trzecim głównym tytułem. I tak, akcja tych trzech serii się przeplata. Niedługo później pojawił się „Peter Parker: Spider-Man”, „Marvel Knights: Spider-Man”, „Sensational Spider-Man”… Ale temat chronologii zostawiam sobie na oddzielny artykuł, gdyż sam jeszcze wszystkiego nie zgłębiłem. Dam Wam znać, gdy do tego dojdę.

Wrażenia z rocznika 1963

Pierwsze 20 komiksów dorwałem w wydaniu „Essential Amazing Spider-Man” – jest to opasła księga, licząca sobie przeszło 550 stron, wydana w czerni i bieli. Zaznaczę, że postanowiłem pisać o Spider-Manie w konwencji „rocznikowej”. Dlatego też w tym tekście skupię się tylko na pierwszych 7 komiksach ze wspomnianego zbioru, ponieważ tylko tyle wyszło w roku 1963.

Przyznaję się, że przy pierwszym podejściu odbiłem się od najstarszych przygód Spider-Mana. Czemu? Zapachnie może banałem, ale… po prostu świat się zmienił. Komiksy z lat 60-tych – a przynajmniej te o Człowieku Pająku – są tak infantylne i naiwne, że aż dziw może brać, iż osiągnęły taki komercyjny sukces. Białe jest białe, a czarne jest czarne. Policja jest dobra, Spider-Man jest dobry. Mafia jest zła, Sandman jest zły, Dr. Octopus jest zły. Nie ma nic pomiędzy.

Sama retoryka tych komiksów jest – na swój sposób – niesamowita i stanowi, że tak to ujmę, pewną ilustrację mentalności jej twórców (a może i ogólniej: społeczeństwa) z tamtych lat. W każdym numerze pojawia się nowy super-przeciwnik, który jest daleko bardziej niebezpieczny od super-przeciwnika z poprzedniego odcinka. Skoro tamten już był rzekomo niepokonany – choć, oczywiście, Peter Parker ostatecznie znalazł na niego sposób – to jaki jest ten? Niepokonany do kwadratu? Co więcej, każda z przedstawiony historii jest najbardziej emocjonującą na świecie – daleko bardziej emocjonującą od tej sprzed czterech tygodni. A za miesiąc po prostu serce Wam stanie, tyle będzie emocji! I tak dalej. Na papierze nie wygląda to zbyt dobrze, ale uwierzcie mi, że czytanie tego jest naprawdę zabawne. Intrygujący jest nacisk położony na wspomnianą „białość” policji – jak dotąd (a na dzień dzisiejszy mam przeczytane 40 komiksów) ani razu nie pojawiła się jeszcze postać czy to gliny skorumpowanego, czy to gliny leniwego. A teraz pomyślcie o filmie „Batman: Początek” – no właśnie. Nie żartowałem z tym, że „po prostu świat się zmienił”.

Inną istotną cechą tych komiksów jest to, w jaki sposób są napisane dialogi. Są jak w „Księdze ocalenia” z Denzelem W. – bohaterowie cały czas informują widza o tym, co właśnie robią. Pal licho, że wszystko widać na obrazkach, trzeba też o tym powiedzieć! Nie sposób też się opędzić od ciągłego przypominania kto jest kim. W pierwszych kilku komiksach Peter Parker na co drugiej stronie uświadamia czytelnika, że to on przecież jest Spider-Manem, a nie kto inny.

A co z samą treścią? Jako się rzekło, w każdym odcinku pojawia się jakiś nowy super-złoczyńca. I wiecie co jest ciekawe? Znam historię Spider-Mana na tyle, że jestem w stanie stwierdzić, iż… te same postacie pojawiają się nawet dziś, 50 lat później. Szczerze mówiąc, nie myślałem, że bohaterowie, którzy zostali wybrani do filmów Sama Raimiego, byli już gwiazdami pierwszych komiksów. Myślałem, że pojawili się dopiero później. A tu proszę – Sandman, Dr. Octopus czy Green Goblin pojawiają się w ciągu bodaj pierwszych 15 części. Wyjątek stanowi jedynie Venom, który swój debiut będzie miał chyba w latach 80-tych i szczerze mówiąc – nie mogę się już go doczekać!
Od razu ostrzegam, że moje teksty o Spider-Manie mogą się roić od spoilerów, więc czytacie je na własną odpowiedzialność! Nie odpowiadam za żadne szkody moralne, ale przy okazji też obiecuję, że nie powiem Wam, kto jest mordercą w „Heavy Rain”. Przynajmniej tyle mogę zrobić.

Początek jest dokładnie taki, jak w filmach. Peter Parker zostaje ugryziony przez radioaktywnego pająka, które to wydarzenie dało mu nadludzkie moce. W przeciwieństwie jednak do tego, co widzieliście (albo i nie) u Raimiego – organizm Spider-Mana nie potrafi produkować prawdziwej pajęczyny. I tu wchodzi w grę to, co w komiksie jest bardzo ważne – Parker jest naukowcem i kocha nauki ścisłe. Z brakiem głównej broni pająka radzi sobie bez problemu, tworząc specjalne fluidy i „wyrzutnie” do tychże, które rozwiązują problem pajęczyny. Cieszy mnie to, że przez pierwsze komiksy twórcy faktycznie kładą nacisk na fakt, iż Peter nie jest zwykłym zjadaczem chleba nie tylko w sensie konstrukcji fizycznej, ale i inteligencji. Nauki ścisłe bardzo często przychodzą mu z pomocą, gdy jakiś wróg okazuje się zbyt trudny do pokonania. Wspominam o tym już teraz, ponieważ ponoć z czasem kolejnym autorom scenariuszów ten fakt wyleciał z głowy i Spider-Man zmieniał się momentami w najzwyklejszego osiłka.

Wracając jeszcze jednak do fabuły. Oczywiście, kluczowym wydarzeniem w życiu Parkera jest śmierć jego wujka – kultowego już Wujka Bena (który wcale nie miał własnej fabryki sosów do spaghetti). Niestety, owa tragedia (śmierć, nie brak fabryki) jest po części winą samego Petera, gdyż ten nie powstrzymał bandyty, który później strzelił do najbliższej mu osoby na świecie. W następstwie Parker stwierdza oczywiście, że – tak jak mówił mu to Wujek Ben – wraz z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność. I postanawia walczyć z przestępczością.

Ciekawe jest również ujęcie młodocianej psychiki postaci – w przeciwieństwie do tego, co można było widzieć w filmach czy kreskówkach, Peter na początku tak naprawdę szuka poklasku i zależy mu może nie tyle na sławie, co na akceptacji. A tej nie znajduje – sam fakt, iż Spider-Man nie chce ujawnić swojej prawdziwej tożsamości jest dla wielu osób wystarczającym powodem do prześladowania go, niezależnie od tego, ile dobrego uczynił.

Warto też dodać, iż już w ciągu pierwszych kilku komiksów zaczyna rozwijać się romans z Betty Brant, sekretarką redakcji Daily Bugle. O tej relacji nigdy, szczerze mówiąc, nie słyszałem. Zawsze myślałem, że dwie główne femme fatale to Gwen Stacy i Mary Jane Watson. A tu czekało mnie zaskoczenie – jednak był ktoś jeszcze.

Po lekturze pierwszych 7 komiksów żałuję przede wszystkim, że są tak skrótowe – choć, oczywiście, z biegiem lat twórcy starali się wypełnić luki. Opisana przeze mnie powyżej geneza Spider-Mana miała tak naprawdę miejsce na kilkunastu stronach „Amazing Fantasy #15”. Tak, ugryzienie radioaktywnego pająka, powstanie kostiumu i śmierć Wujka Bena wszystkie zmieściły się w jednym komiksie…

Spytacie pewnie, czemu w ogóle czytam tak stare komiksy, skoro są… no, powiedzmy sobie, średnio frapujące. Szczerze mówiąc, wszystko wynika tylko i wyłącznie ze wspomnianej wcześniej sympatii do tego – najfajniejszego z najfajniejszych – superbohatera. W przypadku żadnej innej postaci nie zdzierżyłbym takiej dozy infantylności. A jeśli chodzi o „Spider-Mana” – mam z tego masę zabawy. Aktualnie jestem gdzieś w połowie rocznika 1966, więc pewnie niedługo znów dam Wam znać, co też tam słychać w świecie Zdumiewającego Człowieka Pająka.

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze