Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

StarCraft II: Heaven's Devils – akcja marketingowa czy prawdziwa powieść?

S

Mam wrażenie, że w przypadku większych tytułów, wydanie książki w okolicach premiery nowej części serii staje się coraz ważniejszym elementem akcji marketingowych. Trochę jak wydanie gry w dniu premiery srebrnoekranowego hitu (lub kitu – jak się często później okazuje). Właśnie taką powieścią, stworzoną wyraźnie w celu wspomożenia promocji, było “Heaven’s Devils” osadzone w uniwersum StarCrafta.
Czytałem wszystkie cztery książki z serii “StarCraft Archive” i muszę przyznać, że podobne doświadczenia mogą podważyć wiarę w idealność wszystkiego, w co zaangażowany jest Blizzard. Tylko jedna z części owej tetralogii była naprawdę przyjemna w odbiorze, pozostałe trzy mogły zaś prezentować jakieś walory tylko i wyłącznie dla fanów serii. A i dla nich niekoniecznie. Jak jest z najnowszą książką? Dobrze, ale nie na tyle, by z wrażenia paść na kolana.

Powieść przenosi nas w czasy poprzedzające inwazję Zergów i, następującą zaraz po niej, interwencję Protossów. Poznajemy Jima Raynora wtedy, gdy był jeszcze typowym chłopkiem-roztropkiem, robiącym przy cybernetycznym pługu razem ze swoimi rodzicami. Wraz z ukończeniem szkoły, młody Jim musiał zdecydować, co dalej począć ze swoim życiem. Uprawianie pola zdecydowanie nie było tym, co chciał robić przez resztę swej egzystencji, zaś popularne ostatnio zaciąganie się do konfederackiej armii dawało mu przynajmniej nadzieję na podróże i przygodę. Zgodnie ze słowami przedstawicieli Komisji Wojskowych, robota była wręcz idealna – dobre warunki życia, kobiety, pieniądze, możliwość pomocy swojej rodzinie. Czego chcieć więcej? Młody Jim zaciągnął się więc wraz ze znajomymi… by chwilę później przekonać się, że rzeczywistość nie jest tak różowa.

Raynor szybko został wciągnięty w wir akcji i wojskowego życia. Przekonał się, że o pięknych kobietach mowy być nie może, warunki życia są daleki od dobrych, a przełożony tylko kombinuje, jak tu wybić do nogi własnych chłopaków i jeszcze na tym zarobić. Szybko poznaje też Tychusa Findleya, speca od przekrętów na średnią skalę i cwaniaka, jakich mało. Jak łatwo się domyślić, owa znajomość nawiązuje bezpośrednio do późniejszych wydarzeń z gry.

Początkowo “Heaven’s Devil” podobało mi się wręcz niesamowicie. Autorowi udało się nieźle zarysować kilka naprawdę ciekawych postaci oraz relacji między nimi. Oczywiście, nie zabrakło tu klisz i schematów, ale ich zastosowanie i realizacja są na tyle sprawne, że całość nie kole w oczy. Również fabuła wstępnie zapowiadała się na coś dużego i złożonego, lecz… niestety, właśnie ten aspekt w ostatecznym rozrachunku zawiódł. Połowa powieści to typowe epizody, których jedynym celem jest zapychanie miejsca na stronach. Gdy zamknąłem książkę po skończonej lekturze, uświadomiłem sobie, że główny wątek dałoby się zamknąć w wydawnictwie o połowę krótszym, zaś przerywniki były, niestety, na poziomie średnio frapujących opowiadanek. Co chwilę ktoś z ekipy Raynora wpada w tarapaty, co oczywiście zobowiązuje resztę drużyny do podjęcia stosownych działań odwetowych. I tak kilka razy pod rząd, bez większego związku z głównym wątkiem.

Mimo powyższego mankamentu, książkę czyta się wartko i przyjemnie. Jeśli szukacie czytadła w klimatach Science-Fiction, z wyraźnym zacięciem militarnym, trafiliście całkiem nieźle. Co więcej, jest to powieść atrakcyjna nie tylko dla fanów StarCrafta – każdy powinien się przy niej całkiem nieźle bawić. Choć, oczywiście, wielbiciele dzieł Blizzarda wyciągną z lektury więcej dodatkowych smaczków.

Komentarze: 1

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: