Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Not Just KoZ #10: Marvel 1602

N

Autorem tekstu jest Mateusz “DD” Zadrożny.

Lubię historię alternatywną. Uwielbiam zastanawiać się, co by było gdyby, jakie by to przyniosło konsekwencje i zmiany. Czy Imperium Rzymskie trwałoby nadal, gdyby kontrolę objęła inna dynastia? Czy wojna prewencyjna Piłsudskiego odniosłaby sukces i nie przeżywalibyśmy grozy Holokaustu? Czy gdyby w Anglii roku pańskiego 1602 ludzie zostali obdarzeni mocami rodem z komiksów, świat pozostałby takim, jakim go mamy dzisiaj? Oto jest pytanie.

Jako że z komiksów preferuję te ze stajni Marvela, ucieszyłem się niezmiernie, kiedy do moich rąk trafiła miniseria Marvel: 1602. Z początku miałem obawy, że temat przewodni zostanie potraktowany po macoszemu (jak to niestety często bywa, gdy za fabułę w określonym okresie biorą się ludzie niemający pojęcia o historii) a także charakterystyczne dla komiksów wyraźne przerysowania i uproszczenia. O dziwo drużyna pod przewodnictwem Neila Gaimana poradziła sobie z tym znośnie. Ale o tym później.

Akcja serii dzieje się w tytułowym roku 1602. Umierająca Królowa Elżbieta wzywa do siebie Sir Nicholasa Fury’ego (wyraźnie inspirowanego Sir Francisem Walsinghamem) oraz Doctora Stephena Strange’a (zastępującego Alchemika królowej – Johna Dee), aby pomogli jej rozwiązać zagadkę nietypowych zjawisk atmosferycznych, o których mówi się, że zapowiadają koniec świata. Tymczasem w Hiszpanii, Wielki Inkwizytor Enrique torturuje i skazuje na stos wiele dzieci wiedźm (będących tak naprawdę mutantami). Do Londynu przybija zaś statek z pierwszym dzieckiem urodzonym w Nowym Świecie oraz jego nietypowym towarzyszem – Rojhazem, białym Indianinem.

Losy tych, jak i innych znanych nam postaci w nowej formie splotą się, aby mogli oni ocalić świat przez niechybnym końcem.

Tak pokrótce mogę streścić fabułę, jeżeli mam uniknąć spoilerów, a wierzcie mi – jest czego unikać. Jak na dość krótką opowieść (8 zeszytów) wiele się tu dzieje, a niektóre wydarzenia i rewelacje wywracają fabułę do góry nogami. Zadziwia to, jak w tak krótkim czasie można wprowadzić tyle wątków i postaci, a mimo to czytelnik nie odczuwa znużenia akcją i zagubienia. Mamy tu przecież trzy przeplatające się spiski, a do tego dochodzi podróżnik w czasie, dawno zaginiona grupa herosów, a i nawet sam obserwator Uatu ma swoje przysłowiowe pięć minut. Mimo całej tej menażerii, Gaimanowi udało się to ułożyć to w logiczną całość, która czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.

Na pochwałę zdecydowanie zasługuje przedstawienie znanych i lubianych przez nas postaci jako bohaterów rodem z XVII wieku. I tak oto Stephen Strange jest zarówno lekarzem królowej, jak i nadwornym magiem. Magneto to fanatyk kościoła, potępiający jednak tylko tych mutantów, których zmiany są widoczne na ciele, a Daredevil to informator Sir Nicholasa, zbierający informacje pod przykrywką niewidomego barda. Warto nadmienić, że zmieniono częściowo także charaktery niektórych postaci, by odpowiadały czasom, w których żyją. Niestety nie zawsze na lepsze – najbardziej ucierpiał na tym polu Hrabia Otto von Doom, który swojego współczesnego odpowiednika przypomina tylko z wyglądu i żądzy władzy. Jest to jednak błazen z manią wielkości, który nic nie potrafi wymyślić sam, a jego taktyka i pomysły zawodzą praktycznie zawsze. Dodatkowo boli przesadny i na wyrost patriotyzm tutejszego Kapitana Ameryki. Choć z drugiej strony, jego „uberpatriotyczne” myślenie prawie sprawiło, że kosmiczna burza rozerwałaby planetę, co jest akurat według mnie dobre – pokazuje, że nawet Rodgers nie jest nieomylny.

Niestety, takie nacjonalistyczne nastawienie ma chyba także scenarzysta. Zakładanie Stanów Zjednoczonych (w zasadzie jednego stanu, z jedną małą osadą) z całą ich demokracją, równością itp. dobre 170 lat przed czasem wydaje mi się idiotyczne i jakby wyjęte z kontekstu, co psuje trochę odbiór całości.

Drażni także umieszczenie w Ameryce… dinozaurów. Tak, dobrze przeczytaliście. W roku 1602 w Ameryce hasają sobie dinozaury. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co to miało reprezentować – niezbadane, nowe lądy? Dzikość przyrody? Jak dla mnie, wystarczyłoby pokazanie bizonów czy innych indyków. Może by ten fakt tak nie bolał, gdyby był jakoś wyjaśniony fabularnie, co też zresztą obiecywali autorzy na specjalnie dodanej stronie w zeszycie numer 5. Ale do tego nigdy nie doszło.

Zastanawiało mnie też – co zrobią z Thorem, który zawsze mówi Szekspirowskim angielskim w okresie, kiedy każda z postaci wysławia się w ten sposób? Rozwiązanie jest proste i dość oczywiste – Thor wypowiada się średniowieczną składnią, a część liter w jego wypowiedziach zastąpiono runami. Wspaniały pomysł.

O wiele lepiej oddano za to postacie historyczne, nie pomijając ich cech charakterystycznych – Królową Elżbietę i Króla Jamesa. Elżbietę bardziej od kraju interesują podarki od Hrabiego von Dooma, a do tego nie traktuje rdzennych mieszkańców Ameryki jak ludzi. Widać to dobrze w jej rozmowie z Rojhazem, kiedy pyta się go, czy potrafi tańczyć, tak jak poprzedni Indianie zabawiający tańcem monarchinię aż do swej śmierci. Król James to pyszałkowaty alkoholik, ze skłonnościami do homoseksualizmu. Lubię, kiedy autor nie stara się upiększyć historii na silę.

Parę słów o oprawie graficznej – ilustracje Andy’ego Kuberta są wspaniałe, i, jak sądzę, stylizowane na obrazy stworzone farbą olejną. Szczególnie wspaniale w tym stylu prezentują się tła, choć i postaciom nie mam nic do zarzucenia. Projekty ich kostiumów są barwne, i w większości zgodne z epoką, przy tym nie tak pastelowe jak ich współczesne odpowiedniki.

Najwspanialsze są jednak projekty okładek autorstwa Scotta McKowena. Wyglądają one jak żywcem wyjęte z renesansowych rycin i szkiców, z ich charakterystyczną przesadą w liniach i mocnym kontraście światła i cienia. Coś wspaniałego.

Jeszcze drobna uwaga – zarówno dla fanów komiksów Marvela, jak i ludzi interesujących się historią, seria zawiera pełno smaczków do odszukania. Z tych bardziej oczywistych wymienię tylko młodego Petera, który zawsze jest o krok od ukąszenia przez pająka. Albo Thor, który będąc w Ameryce po raz pierwszy, wspomina, że jego wyznawcy, wikingowie, kiedyś już tu byli*.

Słowem podsumowania – uważam tę krótką serię za wartą polecenia, zwłaszcza, jeżeli lubicie klasyczne historie w nowych szatach. Osobiście, komiks podobał mi się na tyle, że aktualnie poszukuję jego 3 kontynuacji – 1602: New World, Fantastic Four 1602 i Spider-Man 1602, które także postaram się zrecenzować.

*dla nie zaznajomionych – ok. roku 1000 grupka Wikingów dopłynęła do Ameryki i spędziła ok. 3 lata na ziemi, która nazwali Winlandią.

komentarzy 25

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Koza, czytales moze jeszcze jakies inne komiksy Gaimana:>?Jesli nie, to polecam, niekoniecznie musza byc jego autorskie typu Sandman, a np Batman: Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem? 🙂

    • Niestety, jeszcze nie. Ale kiedyś będę chciał je w końcu nadrobić. :] Sandmana zresztą też. :]

      • Mam wielka prosbe. Wczoraj kupilem Spider-man: Blue i jest to jedna z najlepszych historii jakie czytałem (serio, strasznie mi sie spodobala). Rozbudzila we mnie entuzjazm do glebszego ‘wciecia sie’ w sfere komiksow. Moglbys mi polecic jakies dobre komiksy z pajęczakiem albo ogolnie dobre historie:)? (Spider-man noir chyba kosztuje kilkaset zl na allegro, soł :<).

        • Wielkim fanem Pajaka nie jestem, ale sa 2 swietne historie:
          – ‘Ostatnie lowy Kravena’, takze wydane w WKKM;
          – ‘Torment’ wydany kiedys w 1.numerze Mega Marvela.

          • “Torment” uwielbiam – jeden z najgenialniej narysowanych komiksów ze Spider-Manem. A “Ostatnie łowy Kravena” będę musiał sobie kiedyś odświeżyć, wieki temu czytałem.

  • 1602 chodziło mi po głowie od jakiegoś czasu, a swoją recenzją zachęciłeś mnie jeszcze bardziej, więc w końcu będę musiał sięgnąć. :]

  • Fajna recenzja, zachęca do przeczytania. a warto to zrobić.
    Warto też dodać że komiks został wydany przez Egmont a 1602:FF przez Muchę.
    IMHO niepotrzebne jest tylko to:
    “O wiele lepiej oddano za to postacie historyczne, włącznie z ich negatywnymi cechami…pyszałkowaty alkoholik, ze skłonnościami do homoseksualizmu.”
    postawienie homoseksualizmu jako negatywnej cechy mi osobiście się nie podoba.

    • Hm, faktycznie, nie zabrzmiało to dobrze – moja wina, przegapiłem podczas lektury. Przegadam sprawę z autorem. :-]

    • Hmm…w ogóle o tym w ten sposób nie myślałem, jak to pisałem. Bardziej mi chodziło o nie upiększanie historii, co też dodałem niżej.
      Ale Mea Culpa.

      • Chcesz jakoś przerobić to zdanie? Edycja to żaden problem. :] Przepraszam, że nie wyłapałem, jak czytałem. Może dlatego, że bardziej patrzyłem na kontekst całości, a nie jednego zdania. :]

      • zależy, nie wiem jak w Anglii, ale Francuzi raczej się z tym nie ukrywali.
        nie znam źródeł, piszę na podstawie lektury “Kacper Ryx i król przeklęty” -Mariusz Wollny podobno wiernie oddaje ówczesne życie

  • Komiks mi sie kiedys bardzo spodobal, ale IMHO strasznie stracil, na bezsensownym wcisnieciu go na sile do regularnego uniwersum Marvela. Duzo bardziej mi sie podobalo, dopoki byl to eksperyment myslowy ‘co by bylo gdyby?’

    • Moment…jak? 1602 jest w uniwersum 616? Przecież to było kieszonkowe uniwersum, dodatkowo i tak w alternatywnej rzeczywistości…

      • No wlasnie ‘kieszonkowe uniwersum w alternatywnej rzeczywistosci’, czyli czesc regularnego multiversum Marvela (nie chodzi mi o same 616). Caly ten kram z przenosinami w czasie, wiadomej postaci, ktory ma 1602 z multiversum polaczyc to IMHO najslabsza czesc.
        Dopoki bylo to tylko XVII wieczne wersje znanych bohaterow, podobalo mi sie bardziej.

        • Z tymi całymi światami kieszonkowymi, to zawsze jest “dobra” zabawa. 😀 To tak jak Ultimate miało się nigdy nie crossować z 616 dopóki… cóż, dopóki się nie zaczęło po prostu crossować. W tego typu komiksach wszystko zaczyna się w pewnym momencie mieszać ze sobą.
          BTW, GRuBshy, witam na moim blogu. :-]

          • Dziekuje za powitanie – czytelnikiem jestem od dawna, ale z pisaniem sie jakos nie skladalo…

          • Dopiero teraz skojarzyłem, że jesteś tym miłym człowiekiem, który czasem mi podsyła interesujące rzeczy na maila – dzięki. :]

    • Będzie! I to mam nadzieję, że niedługo i to z porównaniem do starych zeszytów, na których “Blue” bazowało. Jeśli tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem. :]

      • Byłoby super, Blue to jeden z nielicznych komiksów WKKM, który kupiłem. 🙂

  • Spoko recenzja, mi do gustu bardzo przypadło rozwiązanie fabularne w kwestii mutantów w 16 wieku- stosy, iknwizycja, to pasuje wręcz idealnie do tej niezrozumiałej i znienawidzonej grupy. Patriotyzm Capitana, tylko mnie irtyował i w sumie cieszyłem się, że został odesłany skąd przybył, tylko szkoda mi się zrobiło Virgini Dare, które bez ochrony Capa miała zginąć. W sumie komiks jest bardzo przyjemny, ale nie wszystko mi w nim pasuje. Też nie zrozumiałem zabiegu z dinozaurami. Zabiegi z wmieszanie we wszystko Watchera i kolejnym kosmicznym kryzysem przemówily, do mnie bardzo, bardzo średnio.
    Jedyne czego bym się czepiał, w recenzji to tego :]
    “Jako że z komiksów preferuję te ze stajni Marvela, ucieszyłem się
    niezmiernie, kiedy do moich rąk trafiła miniseria Marvel: 1602.
    Z początku miałem obawy, że temat przewodni zostanie potraktowany
    po macoszemu (jak to niestety często bywa, gdy za fabułę w określonym
    okresie biorą się ludzie niemający pojęcia o historii) a także
    charakterystyczne dla komiksów wyraźne przerysowania i uproszczenia.
    O dziwo drużyna pod przewodnictwem Neila Gaimana poradziła sobie z tym
    znośnie.”
    W kontekście Gaimana obawy o niezajmość historii są cokolwiek zabawne. Gość ma ogromną erudycje zrówno w sprawach historycznych,kulturowych oraz mitologicznych. W komiksie to jego znak rozpoznawczy. W sumie może niepotrzebnie się czepiam- mam trochę odchyły w stronę fanboja Gaimana :]- bo najwidoczniej nie znałeś wcześniej jego dokonań w komiksowym światku. Zmierzam tylko, do tego, że warto wyjść poza preferowanie tylko Marvela, żeby chociaż głębiej poznać dorobek konkretnych scenarzystów- a z Gaimanem akurat jest taka sprawa, że więcej zrobił komiksów dla konkurencyjnego DC niż Marvela. Z tego co kojarzę dla Marvela poza 1602, zrobił jeszcze tylko Eternals i to wszystko.
    A w DC bardziej zaszalał. Black Orcihd, The Books of Magic ,Sandman- to jest ten tyuł, który jest flagowym przykładem jego erudycji- Midnight Days czy The high cost of living. O Batmanie jego autorstwa wspomniał już Bati.
    Ogólnie warto poznać bliżej jego dorobek, nawet jeśli bardziej preferuje się Marvela :]

    • Na wstępie – dziękuję za dobre słowo 🙂
      Co do komiksów i Gaimana – to chyba wina sytuacji. Nie kupuję komiksów, ale jak mi coś trafi w łapy (przez znajomych, biblioteki itp) to nie wzgardzę. A tak jakoś mimo wszystko od dzieciaka wolałem postacie Marvela, choć więcej miałem dostępu do pozycji z DC.
      Co do Gaimana – fakt, nic więcej od niego nie znam. Ale tym komiksem jestem zachwycony, więc i inne poszukam.

    • Cześć i czołem, witam na mojej stronie. :-] Dzięki za rozbudowany komentarz, cieszę się, że autor tekstu – @disqus_fDTpLIY8NI:disqus – zdążył już odpowiedzieć. :-]
      Od siebie dodam, że komiksy Gaimana mam w planach do nadrobienia – zarówno powyższego Marvela, jak i inne jego tytuły.

  • Ale osadnictwo w Ameryce Pn. na początku XVII wieku jest faktem. Nie rozumiem zatem zarzutu, że 170 lat za wcześnie.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: