Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Królewska Roszada, Eugeniusz Dębski – recenzja

K

Z Eugeniuszem Dębskim, a raczej jego twórczością, zetknąłem się po raz pierwszy przy okazji “Śmierci magów z Yara”. Przyznam, że była to ciężka przeprawa, pełna bólu i zgrzytania zębów… Głównie moich zębów, gdyż przebicie się przez ową powieść fantasy nie przyszło mi bezproblemowo. Jednak nie w tym rzecz. Tym razem mam wątpliwą przyjemność pomarudzić z powodu… mojego drugiego zetknięcia z EuGeniuszem. W tym wypadku los wepchnął w moje ręce pierwszy zbiór opowiadań o Hondelyku i Cadronie, czyli “Królewską Roszadę”, opublikowaną przez wydawnictwo Supernowa w roku 2000.

Zbiorek złożony jest z czterech opowiadań “na rozgrzewkę”, które przybliżają nam postać dwóch podróżników-awanturników. Są one preludium do ocierającej się o miano mini-powieści “Królewskiej roszady” i zamykającej całość historii o enigmatycznym tytule “Sen o wolności i śmierci”. Eugeniusz Dębski natychmiastowo odkrywa przed czytelnikami tajemnicę głównego bohatera, Hondelyka. Ów jegomość został obdarzony nadnaturalną zdolnością zmieniania się w… każdego napotkanego przez siebie człowieka. Jednak jego moralność i głęboko zakorzeniony kodeks honorowy nie pozwalają na wykorzystywanie tej sztuczki w celu nieuczciwego wzbogacenia się. Pod pseudonimem Xameleon przemierza on świat wraz ze swym towarzyszem, wspomnianym Cadronem, i pomaga osobom, które nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem.

Już w tym miejscu pojawia się pewien schemat, który towarzyszy czytelnikowi podczas lektury. Większość opowiadań opiera na tych samych założeniach. Do Hondelyka przychodzi interesant i wykłada klarownie swój problem. Po chwili namysłu Xameleon przyjmuje zlecenie, niczym wicher siodła konia i jedzie załatwić sprawę. Oczywiście, robi to pod postacią swojego klienta, przysparzając mu tym samym chwały i sławy. Koniec. Niestety, nawet wspomniana mini-powieść nie odbiega od tego standardu. Przyznam, że pomysł wcielenia się Hondelyka w umierającego króla był całkiem ciekawy. Zadanie potajemnego ratowania państwa przez zmiennika to, jakby nie patrzeć, zamysł dosyć frapujący. Znając jednak “zasadę działania” bohaterów, końca bezproblemowo domyśli się każdy. Zero zaskoczenia.

Powiecie, że nie każdy zbiór opowiadań musi być od razu absolutnie niesztampowy, by mógł być uznanym za dobry. Przyznam Wam tu rację. Niestety, w “Królewskiej roszadzie” brakowało mi dosłownie wszystkich elementów składowych wciągającej literatury. Dębski pisze nieciekawie, zarzucając momentami czytających górą opisów bez większego polotu. Ponadto akcja ciągnie się niemiłosiernie, walki opisane są bez ikry, a dialogi bardzo negatywnie wpływają na wiarygodność bohaterów. Bez przerwy zadziwiał mnie fakt, że para głównych postaci – wieloletnich towarzyszy broni – rozmawia ze sobą niczym na oficjalnej kolacji u burmistrza. Bardzo brakowało mi również siarczystych, energicznych wypowiedzi i komentarzy. Nie jestem zwolennikiem wulgaryzacji, ale nie wydaje mi się, by w chwili absolutnego kataklizmu starego awanturnika było stać jedynie na wykrzyknięcie: “Chudy bąk!”. I gdzie tu wiarygodność?

W trakcie lektury frustrowała mnie jeszcze jedna drobnostka. Możliwe, że to już czyste czepianie się wszystkiego, co jest akurat pod ręką, ale… Nie często natrafiam na imiona postaci, które nie tylko ciężko wymówić, ale nawet przeczytać. Chociażby taki król Ttafeond. Przypuszczam, że jego poddanym było trzeba zafundować specjalny kurs wymowy imienia władcy. Tak, wiem, to nieistotne i na wartość samego zbioru nie wpływa, ale… ponoć diabeł tkwi w szczegółach. Podany przykład jest pierwszym z brzegu, jaki przyszedł mi do głowy. W opowiadaniach roi się od mniej lub bardziej dziwacznych nazw własnych.

Nie byłem szczególnie łaskawy dla Eugeniusza Dębskiego. To chyba taka recenzencka zemsta za mękę podczas lektury. Nie myślcie sobie, że nie szukałem zalet “Królewskiej roszady”. Starałem się, jak mogłem. Niestety, żaden z jej elementów do mnie nie przemówił. Nawet reklamujący zbiór rubaszny humor (ponoć tak u autora znamienity) nie trafił w mój gust. Z tego też powodu ciężko było mi wyciągnąć na światło dzienne jakiekolwiek pozytywy. Osobiście, odradzam wybór takiej lektury, niezależnie od okoliczności. Na przeczytanie czeka jeszcze wiele lepszych książek…

24.02.2007

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze