Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Iron Man Anime – Tony Stark w Kraju Kwitnącej Wiśni

I

Gdy dowiedziałem się, że dzięki współpracy amerykańsko-japońskiej powstał tak ekstrawagancki twór, jak anime o superbohaterze z Kraju Skwierczącego Burgera, uznałem, że muszę się do niego dobrać. Byłem ciekawy, co może wyjść z połączenia dwóch tak odmiennych stylów – amerykańskiej prostoty i japońskiego zamiłowania do złożonych fabuł i rozbudowanych relacji między postaciami. Trzeba przyznać, że “Iron Man Anime” dał mi niezły ogląd na tę sprawę.

Przed seansem wiedziałem tyle, że Tony Stark trafił na dłuższy czas do Japonii, która będzie głównym i jedynym miejscem akcji na cały czas trwania 12-odcinkowego serialu. Już ta informacja wzbudziła moje podejrzenia, gdyż byłem ciekawy, czym owa podróż będzie umotywowana. Jak się okazało, twórcy wybrnęli z pomysłu nie tylko sprytnie, ale też wiarygodnie. Anime bazuje w dużej mierze na tym, co mieliśmy okazję widzieć w filmach aktorskich. Tony Stark dalej walczy z negatywnym wizerunkiem swojej firmy, trzymając się darmowej, bezpiecznej energii. Tym razem postanowił postawić nowy reaktor łukowy, właśnie na japońskich wyspach. Owe cacko miałoby zasilić w energię nie tylko ojczyznę naszych skośnookich braci i sióstr, ale też spory kawałek reszty świata. Oczywiście, darmowa energia nie jest wizją ciekawą dla wszystkich. Poza tym, zamieszanie związane z reaktorem łukowym może być dobrą okazją na podprowadzenie odrobiny technologii Tony’ego Starka – na przykład kopii pancerza bojowego. Od pierwszego odcinka nasz ulubiony playboy musi się mierzyć nie tylko z zaawansowanymi technologicznie przeciwnikami, ale też z japońską opinią publiczną, która wcale nie jest mu przychylna.

To, czego często mi brakowało we wszystkich amerykańskich kreskówkach o superbohaterach, a co znalazłem w tym anime, to zwięzły scenariusz, ciągnący jeden wątek fabularny przez całe 12 odcinków. Dzięki temu zabiegowi twórcom udało się stworzyć kilka ciekawych relacji między postaciami i naprawdę zwiększyć napięcie. Cieszę się, że miałem dostęp do wszystkich odcinków na raz i nie musiałem czekać na przykład tydzień na emisję kolejnego, ponieważ w kilku przypadkach chyba zżarłyby mnie nerwy. Co prawda, nie jest to szczyt osiągnięć fabularnych, do których są zdolni Japończycy. Niestety, w całej serii przewija się pewien dobrze znany schemat – wstęp, walka z nowym głównym przeciwnikiem, zakończenie. Na szczęście, od połowy ów porządek coraz bardziej jest łamany, ale mimo wszystko, jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to właściwie tylko do tego.

Jakość animacji jest naprawdę dobra i daleko przekracza wszystko to, co pamiętamy z dzieciństwa. Walki są dynamiczne, zaś charakterystyka i styl postaci świetnie odwzorowane. Pod tym kątem trochę gorzej wypadają przeciwnicy, że tak to nazwę, oryginalni, nie należący do klasycznej plejady wrogów Iron Mana, tylko wymyśleni na potrzeby tego anime. O ile kilka pomysłów wypadło naprawdę świetnie, o tyle część arcyłotrów była cokolwiek nijaka. Ponownie: problem ten dotyczył przede wszystkim pierwszej połowy anime – później, gdy wątek fabularny się na dobre rozkręcił, do gry weszli również bardziej kreatywni przeciwnicy.

Anime oglądałem z angielski dubbingiem i muszę przyznać, że jest naprawdę przyzwoity. Początkowo nie byłem przekonany do głosu samego Tony’ego Starka, może dlatego, że jestem fanem Roberta Downeya Jr. w tej roli, ale z czasem się do niego przyzwyczaiłem. Myślę, że dużą rolę w tym wypadku odegrały naprawdę dobrze napisane dialogi, które świetnie oddawały klimat tej postaci. Warto tu nadmienić, że – podobnie do pierwszej części filmu czy też tak jak miało to miejsce w “Avengers” – nie kładziono nacisku na alkoholizm Tony’ego Starka. Według mnie, to dobrze – gdyby ten wątek miał znaczącą rolę, 12 odcinków mogłoby się okazać zbyt małą liczbą.

Przygodę z japońskim Iron Manem uważam za niezwykle przyjemną i udaną. Szczerze mówiąc, myślałem, że w zakresie amerykańsko-japońskiego mariażu pewnie nie można mieć nadziei na wiele więcej. Jak się okazało, myliłem się, a dowodem na to okazało się anime z X-Menami w roli głównej. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

Na deser dodam, że podchodziłem do tej serii, jak osoba, która lubi i Iron Mana, i anime, choć nie jest fanatycznym fanem ani jednego, ani drugiego. Możliwe, że dlatego tak dobrze się bawiłem. “Iron Man Anime” na pewno nie jest szczytem japońskiej animacji – nie jest ani tak złożony, ani tak głęboki, jak niektóre z serii, które miałem okazję oglądać. Jest za to bardzo ciekawym miksem dwóch kultur, który gwarantuje rozrywkę na dobrym poziomie.

komentarze 2

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Notka już trochę ma, ale dotarłem do niej z odnośników pod Extremis. Po pierwszym odcinku anime z Wolverinem nie zdobyłem się na odwagę, żeby obejrzeć jak ugryziony został Tony.. Recenzja całkiem mnie zachęciła lecz mam jeszcze jedno pytanie: czy modele CGI bardzo odstają w kadrach od ręcznej kreski? Niestety, to domena nowych animacji, nie tylko ze wschodu, a wychowany na Daimosie z jednej strony a Biker Mouse z drugiej… Trudno mi takie zabiegi zaakceptować z uśmiechem na twarzy. Sekwencje 3D są fuj, yuck i nieestetyczne!

    • Domyślam się o co Ci chodzi i nie, CGI nie odcinało się strasznie od kreski. Co prawda jakiś czas temu to oglądałem, ale nie kojarzą mi się podobne widoki (może parę było, ale i tak bez tragedii).
      Co się tyczy Wolverina – obejrzałem ostatnio całego i… no, szału nie ma. Iron Man bardziej mi się podobał, a najbardziej podobali mi się “X-Men” (muszę o nich w końcu napisać).
      Daimos… <3 Motomyszy z Marsa… <3
      Aha, cieszę się, że te linki pod innymi tekstami przyciągają wzrok i ktoś z nich skorzystał. :] Jeśli chodzi o wiek tego tekstu, to staram się pisać tak, by wpisy nie stawały się natychmiast przeterminowane. Wręcz przeciwnie – żeby nigdy nie traciły na ważności. Dlatego każdy komentarz jest tym milej widziany. :]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: