Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Green Lantern – Wieczny student powraca w zielonym lateksie!

G

Jak dotąd wydawnictwem znanym z promowania tłumnie i hucznie swoich bohaterów znany był głównie Marvel. DC Comics miało przede wszystkim Batmana, który łącznie wystąpił tylko od lat 90-tych w aż sześciu filmach, i Supermana, który po serii sprzed kilku dekad zaliczył długą przerwę i powrócił, w nieszczególnie powalającym stylu, dopiero w 2006 roku. Natomiast w tym roku po raz pierwszy DC wzięło się za zekranizowanie przygód mniej popularnego bohatera, znanego jako Green Lanter, tudzież Zielona Latarnia.

Oczywiście, bardziej dociekliwi widzowie zauważą, że przecież były niedawno jeszcze dwa filmy, które zajmowały się bardziej niszowymi komiksami od DC. Owszem, zgadza – mowa o “Watchmen” oraz o “Jonah Hex”. Dlaczego we wstępie pominąłem te produkcje? Ponieważ o Strażnikach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są typowymi bohaterami. Natomiast ekranizację przygód Jonah Hexa ciężko w ogóle nazwać filmem, co zresztą stanowi materiał na oddzielny, cóż, materiał – w szczególności biorąc pod uwagę naprawdę niesamowitą obsadę, którą udało się w tej filmowej masakrze zgromadzić.

Wróćmy jednak do “Green Lantern”. Bohaterem, którego losy do końca seansu będziemy śledzić, jest Hal Jordan – w tej roli wieczny student, Ryan Reynolds. Hal jest jednym z najlepszych pilotów bojowych na świecie. Jest też przy okazji jednym z najbardziej beztroskich pilotów bojowych na świecie. Nie wie, co to odpowiedzialność, punktualność, zaś jedyne, co mu się udaje robić z zadowalającą frekwencją, to zawodzenie ludzi. Nie byłoby w tym może nic dziwnego – w końcu większości ludzkiej populacji można przypisać takie cechy – gdyby nie fakt, że intergalaktyczna siła, manifestująca swoją obecność za pośrednictwem zielonego pierścienia, wybrała go na obrońcę Ziemi i najbliższych jej okolic. Poprzedni posiadacz owego elementu biżuterii niestety dostał ekspresowy bilet na drugą stronę po starciu z jednym z największych wrogów kosmosu, przerażający Parallaxem [dum! dum! dum!!!].

Fabuła jest chyba jedną z najbardziej sztampowych, ze wszystkich superbohaterskich filmów, jakie mieliśmy okazję oglądać przez ostatnie lata. Dopiero “Green Lantern” uświadomił mi, że scenariusz wspierający trudne początki Iron Mana nie jest taki znowu sztampowy. Z drugiej strony, “Zielona Latarnia” broni się taką swoistą lekkością bytu. Ten film się po prostu ogląda – został nakręcony w taki sposób, że nie za bardzo człowiek ma ochotę poświęcać czas na kwestionowanie logiki stojącej za samoświadomymi zielonymi pierścieniami, które wybierają swoich nosicieli niczym jakiś pasożyt. Duża w tym zasługa Ryana Raynoldsa, którego nigdy nie uważałem za szczególnie dobrego aktora, a którego i tak po prostu lubię. Jest sympatyczny, nie przeszkadza, film z jego udziałem miło się ogląda. Warto się nim interesować w szczególności wtedy, kiedy macie ochotę po prostu odpocząć.

I taki właśnie jest”Green Lantern”. Dobry od odpoczynku. Nie sprawił, że mam ochotę jeszcze raz obejrzeć film czy chwycić za komiksy i lepiej poznać Hala Jordana. Za to po seansie czułem się naprawdę wyluzowany i intelektualnie zregenerowany – innymi słowy: to dobra propozycja na sesję czy inny okres egzaminacyjny.

Trzeba jednak dodać, iż jest to propozycja skierowana czy to do fanów komiksów, czy to do wielbicieli wszelakiej fantastyki. Takie filmy, jak “Iron Man”, może obejrzeć praktycznie każdy, ponieważ mimo futurystycznego tematu, całość robiła wrażenie bardzo ludzkie, miała pewne aspekty obyczajowe, świetną obsadę i solidny scenariusz. Natomiast “Green Lantern” to opowieść o zielonych ludzikach, którzy mogą siłą woli tworzyć zielone CKM-y. Dziewczyny na taki film raczej nie zabierzecie.

Co się zaś tyczy tworzenia wyimaginowanych CKM-ów. Niestety, oprawa wizualna “Zielonej latarni” nie powala. Widać, że budżet był dosyć wysoki, ale i niemałe jest stężenie efektów specjalnych, przez co najwyraźniej nie starczyło Franklinów na dopieszczenie wszystkiego. Cześć scen robi wrażenie, delikatnie mówiąc, plastikowe. I to w stopniu, który niestety rzuca się w oczy.

Na zakończenie kilka ciepłych słów o edycji DVD – gdyż w takiej formie film poznałem – która mnie miło zaskoczyła. Przede wszystkim, w pudełku dostajemy nie jedną płytę, a dwie i jak zapewne łatwo się domyślić, ta ostatnia wypchana jest po brzegi radością. Moją ulubioną częścią zawsze są sceny wycięte – tutaj też ich nie zabrakło; łącznie prawie 8 dodatkowych minut filmu. Do tego dochodzi cała masa wywiadów, w tym naprawdę sympatyczna rozmowa z Ryanem Reynoldesem.

komentarzy 6

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Ja jak zawsze powiem cosik może bardziej dobitnie :). Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale w mojej opinii, doszedłeś do czegoś w rodzaju perfekcji, przy pisaniu i ogólnie twoerzniu recenzji. I to bynajmniej nie dlatego, że się je miło i nader przyjemnie czyta, ale dlatego że czytająć słysze Twój głos, jakbyś to wypowiadał w swoim materiale w videorecenzji.

  • Czy zdjęcie Hala i jego bratanka pochodzi z jednej z wyciętych scen? Nie pamiętam tej sekwencji w filmie…
    Co zaś do samej recenzji – zgodzę się z tezą, że film się po prostu ogląda. Ot tak – czas leci, a my śledzimy losy gościa, który co prawda potrafi materializować przedmioty za pomocą siły woli, ale jego jego jedynym kamuflarzem jest maluteńka, anatomicznie dopasowana maska dookoła oczu (z czego zresztą twórcy zadrwili w samym filmie).
    Rzeczywiście, w trakcie seansu nie kwestionowałem dziur w scenariuszu, kiczowatości niektórych scen, słabych czasem efektów. Dałem się ponieść fabule i całkiem miło spędziłem czas, za co należy się filmowcom duży plus.
    Po projekcji nastał jednak moment podsumowania i po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie ma dla tego filmu miejsca na mojej wirtualnej półce. Bo choć da się go, nawet z przyjemnością, obejrzeć, to jednak jest to produkcja słaba, kulejąca na wielu polach, którą moge polecić jedynie “na raz” i tylko gdy jest się w dobrym nastroju.
    Jak zwykle miło mi się czytało Twoją recenzję :).
    Pozdrawiam!


    • Po projekcji nastał jednak moment podsumowania (…)”
      Ja u mnie nastał ten moment, to go siłą zgłuszyłem, ponieważ wiedziałem, do jakich wniosków by prowadził. ;] Uznałem, że nie będę sobie głowy tym kłopotał i pozostawię sobie ogólnie przyjemne wrażenie z seansu. ;]
      “Czy zdjęcie Hala i jego bratanka pochodzi z jednej z wyciętych scen? Nie pamiętam tej sekwencji w filmie…”
      Jeśli dobrze pamiętam, to tak – ale całość obejrzałem “jednym ciurkiem”, więc może mi się mylić.
      “Jak zwykle miło mi się czytało Twoją recenzję :).”
      Bardzo mnie to cieszy. :]

    • Ooo, dzięki, kicham ich materiały. 😀 Co prawda nie wszystkie są tak udane, jak honest trailer Avengers, ale i tak zawsze warto rzucić okiem. :]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: