Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Crimson Peak – Studium żalu w szkarłacie

C

Guillermo del Toro ma już u mnie tak wielki kredyt zaufania, iż po prostu zacząłem wychodzić z założenia, że każdy kolejny film będzie doskonały. Kocham całym sercem “Labirynt Fauna”, “Hell Boya” i, chyba najbardziej, “Pacific Rim”. Po “Crimson Peak” spodziewałem się samych najlepszych rzeczy, w szczególności, że obsada tak cudownie się zapowiadała. Kocham Toma Hiddlestona, kocham też Jessicę Chastain. I to był mój błąd – za dużo chciałem. I kompletnie zapomniałem, że każdemu może zdarzyć się gorszy film. To jest ten gorszy film.
“Crimson Peak” zdecydowanie nie jest horrorem, którego spodziewała się chyba większość widzów. Owszem, nawiedzony dom i duchy grają tu bardzo ważną rolę, ale sam film jest bardziej gotyckim romansem niż jakąkolwiek odmianą dreszczowca. Mimo wyraźnej obecności sił nadprzyrodzonych, typowe dla dobrych straszaków napięcie jest tu praktycznie nieobecne. Ważniejsze są relacje między bohaterami i miłosne knowania trójki głównych bohaterów.

Dwoje z nich jest zagranych, rzecz jasna, przez wspomnianych wcześniej Chastain i Hiddlestona. Ich duet jest cudowny i stanowi zdecydowanie najmocniejszy punkt filmu. Trzecia z ról została obsadzona przez Mię Wasikowską, której kompletnie nie kojarzę z innych filmów. Szybko stało się jasne, iż jej uroda została doskonale dobrana do granej postaci – eterycznej blondynki, z zamiłowania pisarki. Niestety, równie szybko okazało się, iż kunsztem aktorskim zdecydowanie odstaje od pozostałych osób na planie filmowym.

Luki w dobrze obsady to nie jedyny problem “Crimson Peak”. Najtrudniej było mi się pogodzić z niekonsekwencją scenariusza. O ile na wiele kłopotliwych scen potrafiłem przymknąć oko przez pierwsze dwie trzecie filmu, o tyle fatalny finał sprawił, że wszystkie uchybienia stały się niemożliwe do zignorowania. W najgorszym stanie jest zdecydowanie postać Mii Wasikowskiej, której kompletnie brakuje spójności. Szybko (i bez powodu) przekształciła się z silnej kobiety, początkującej pisarki w przerażone pisklę, kompletnie podległe swojemu dopiero co poślubionemu mężowi. Jest to kwestia, którą prawie udało mi się zignorować. Radziłem sobie z nią aż do wspomnianego finału, który przez swoją chaotyczną, nijaką naturę wyprał “Crimson Peak” z resztek ciekawego klimatu.

Nie da się odmówić tej produkcji, iż miejscami potrafi oczarować pod kątem wizualnym. Wspomniany wyżej klimat – choć niezbyt zawiesisty, niestety – był tworzony głównie przez niesamowitą posesję na tytułowym Szkarłatnym Wzgórzu. Gorzej miała się sprawa ze wszelkiej maści duchami i zjawami, które były mało kreatywne i najzwyczajniej w świecie kiepsko wykonane. Szczególnie zaskoczyła mnie ta ostatnia kwestia, gdyż dotąd filmy del Toro kojarzyły mi się z warstwą wizualną dopracowaną w najdrobniejszych detalach.

Mimo wszystko, jeśli w ogóle macie nadal ochotę obejrzeć “Crimson Peak”, radziłbym to zrobić w kinie. Z domowego wyświetlacza nie wyciśniecie nawet grama nastroju – nastroju, którego nawet na srebrnym ekranie mimo wszystko brakuje.

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze