Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Colin McRae DiRT 2 – Piękny tribute, genialna gra

C

Krótko. Po zabawie z Dirt 2 utwierdziłem się w przekonaniu, że koło zostało wynalezione dokładnie po to, by Codemasters mogło robić gry wyścigowe. Kropka.

Przyznaję się bez bicia, że z pierwszym Dirtem miałem znacznie krótszą styczność niż bym chciał i ciągle pracuję nad nadrobieniem tej zaległości. Wiele godzin wyjeździłem za to w Gridzie i myślałem, że tego poziomu nie da się już doścignąć. Dzieło Codemasters powaliło mnie chyba jeszcze bardziej od drugiej Forzy i sprawiło, że przez kilka kolejnych nocy się nie wysypiałem. Jeśli zakochaliście się w ostatnim Race Driverze, najnowsza gra sygnowana nazwiskiem McRae też powinna wam zerwać trampki z nóg.

Trzeba jednak zaznaczyć jedną rzecz od razu, na wstępie. Grid i Dirt to dwie zupełnie różne gry, choć obydwa są absolutnie genialnymi symulatorami. Pierwszy z nich skupia się bardziej na zamkniętych torach i drifcie, zaś zrobienie beczki wymaga naprawdę srogiego błędu, gdyż wózki zasadniczo rzadko odrywają się od gleby. Seria McRae to z kolei zupełnie inna para kaloszy. Tutaj szuranie dachem po ziemi to częsta przypadłość wielu kierowców, a podczas każdego rajdu można minąć kilku pechowców, którzy wyścig skończyli na drzewie. Inne wozy, inne tory i, przede wszystkim, inna filozofia jazdy. Mając to za sobą, mam nadzieję, że wszyscy już mniej więcej orientują się, z czym mamy do czynienia.

Od niedzielnego kierowcy do Kubicy

Dirt 2 został tak przygotowany, by dobrze bawić mógł się przy nim każdy. Można jeździć na poziomie “easy” lub “casual”, ciesząc się z zabawy na padzie. Z drugiej strony, nic nie stoi na przeszkodzie, by odpalić wyścig o stopniu wyzwania “extreme” i podłączyć kierownicę do Xboxa. Oczywiście, mieszanie tych dwóch konfiguracji też jak najbardziej wchodzi w grę i daje świetne efekty! Sam zresztą zaczynałem na “każualu”, żeby oswoić się z rajdową dynamiką jazdy i dopiero z czasem przeszedłem na “serious”. Na szczęście, jest to typ symulatora, przy którym można się dobrze bawić nie tylko na kierownicy, ale też na padzie. W Race Pro taka opcja nie przechodziła i granie na zwykłym kontrolerze było zwyczajnie nudne.

Do wyboru dostaliśmy kilka trybów zabawy. Jeśli ktoś się martwił, że będzie można tylko bić rekordy czasowe na odcinkach specjalnych, może już odetchnąć z ulgą. Codemasters przygotowało też kilka trybów “zwykłych” wyścigów. Mamy tu Rally Cross, zmagania wozów klasy buggy czy też starcia potężnych Hummerów i im podobnych kolosów. Ciekawostką jest Trail Blazer, przypominający w swej konstrukcji zwykłe Rally, ale z tą różnicą, że przeciętna prędkość nie schodzi poniżej 200 km/h, zaś skutki błędu zaczyna się odczuwać na najbliższym kamieniu, a kończy na drzewie, kilometr dalej. Do tego dochodzą znane z innych gier Last Man Standing czy Domination. Nie zabrakło też wyzwań “1 on 1” z celebrytami. Dla przykładu, możemy umówić się z Davem Mirrą na mały wyścig po pustkowiach, zwycięzca może być tylko jeden. Na brak różnorodności zdecydowanie nie można narzekać – nie tylko dzięki zróżnicowanym zasadom wyścigów, ale również ze względu na wspomniane wyżej różne typy wozów, z których każdą prowadzi się zupełnie inaczej.

Zabawy w jednoosobowej karierze to romans na wiele wieczorów. Do wygrania jest łącznie 100 eventów, z czego duża część składa się z więcej niż jednego wyścigu. Oczywiście, są również dodatkowe, jeszcze bardziej złożone mistrzostwa oraz… specjalny turniej, upamiętniający McRae. Codemastersi na każdym kroku podkreślają, kto był ich inspiracją i nawet na chwilę nie zapominają o starym, dobrym Colinie. Ów trybut zrobiony jest przede wszystkim ze smakiem, bez nachalnego wciskania się gdzie popadnie, w tym też do lodówki, dzięki czemu pozostaje jedynie pogratulować smaku i wyczucia.

Wracając jednak do tematu rozgrywki. Wraz z postępami, dostajemy dostęp do nowych wozów i jeszcze większej kasy, za którą owe bolidy możemy zakupić. I to jest jeden z bardzo nielicznych aspektów gry, do których muszę się trochę przyczepić. Tak jak i w Gridzie, zabrakło mi opcji jakiegoś konkretnego tuningowania fur. I nie mam tu na myśli zmian kolorystyki (co akurat w bardzo ograniczonym stopniu można robić). Polepszyć osiągi własnej Subarety możemy tylko wtedy, gdy przechodzimy do zawodów wyższej rangi – na przykład z “rookie” do “pro”. Wtedy zakupujemy pakiet o tożsamej nazwie, “pro”, i cieszymy się dwiema nowymi stadninami koni pod maską. Koniec filozofii. Zabrakło mi opcji znanych z Forzy; wymiany silnika, odchudzenia, konfiguracji spoilerów etc. Można za to przynajmniej pobawić się ustawieniami skrzyni biegów czy hamulców, zawsze coś. Jednak jak na grę o wyraźnie symulacyjnym charakterze, trochę za mało tu możliwości.

Gdy będziemy mieli już dosyć samotnych wojaży po bezdrożach, możemy zajrzeć do multi. Tam dostajemy powtórkę z rozrywki, czyli dokładnie te same tryby gry, co w single’u, tylko że dostosowane do potrzeb Xbox Live. Miłym dodatkiem są rozgrywane raz na jakiś czas tournamenty czy możliwość ściągnięcia na swoją konsolę duchów innych graczy i bicie ich rekordów.

Blachę gnieciemy zawodowo

Dopracowany model zniszczeń był zauważalnym atutem wielu poprzednich ścigałek Codemastersów. Zaś Dirt 2 wprowadza destrukcję na nowy, jeszcze wyższy poziom. Prawie każdy element poszycia można zniszczyć, pogiąć i, ostatecznie, urwać. Wiele gier przyzwyczaiło nas do takich widoków, ale Mistrzowie Kodu przygotowali coś, czego w takiej formie jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Mowa o obserwacji zniszczeń i zabrudzeń z wnętrza kabiny. Powiem w skrócie – masakra! Pękające szkło, wypadające szyby, gnieciona rama wozu, woda i błoto ciągle ograniczające widoczność, prowadzące nierówną walkę z wycieraczkami. Po prostu poezja! Swoją drogą, tak animowanej wody nie widziałem jeszcze w żadnej ścigałce.

Ogólnie, oprawa graficzna prezentuje taki poziom, że nie powstydziłaby się go chyba żadna najnowsza strzelanka. Dirt 2 naprawdę ociera się o fotorealizm. Wszystko jest dopracowane do obłędu! Modele samochodów są idealne, wykończenie wnętrz powala, a trasy… Tak, trasy to małe dzieło sztuki. Szczególnie te, które są umiejscowione w bardziej tropikalnych rejonach świata. Czasem miałem wrażenie, że zawitałem do dżungli z Crysisa, a to chyba mówi samo za siebie.

Dirt 2 zdał też najtrudniejszy z testów dźwięku, jaki może być postawiony przed samochodówką. Da się zmieniać biegi na słuch. Wszyscy fanatycy wiedzą zapewne, że lepszej rekomendacji po prostu nie trzeba. Bardzo szybko zrezygnowałem z patrzenia na obrotomierz, gdyż najzwyczajniej w świecie nie był mi on potrzebny. Dźwięk silników został zrealizowany bezbłędnie. I tak, nie zabraknie tu tego charakterystyczne pomruku wielkich silników czy wizgu wysokoobrotowych maszyn. Przy okazji warto nadmienić, że równie dobrze prezentuje się soundtrack. Masa dobrych i nawet dosyć popularnych kawałów rockowych, głównie z ostatnich lat.

Diament prawie bez rys; prawie

Jak dotąd przyczepiłem się w Dirt 2 do tylko jednej rzeczy i… teraz nadchodzi druga. Ponownie, nie jest to błąd zbyt srogi, ale jednak jest. Fizyka niektórych obiektów, zdobiących głównie obrzeże torów, nie została dobrze zbalansowana, przez co kilka razy zdarzało mi się rozbić na… żelbetowych oponach. Nie raz próbowałem skrócić sobie łuk, ścinając go przez pas starego ogumienia, co z reguły kończyło się terminalnymi uszkodzeniami wozu. A nie powinno. Kilka razy przywaliłem też w podejrzanie wytrzymałe słupki, które wyglądały, jakby wcale nie zamierzały stawiać oporu. Z jednej strony, to tylko drobnostka. Z drugiej, potrafi jednak nieźle wkurzyć. Całe szczęście, idąc śladem Grida, twórcy i tu zaimplementowali tak zwane “flashbacki”. Jeśli jakiś zakręt nie wyjdzie nam tak, jakbyśmy chcieli, albo po prostu zezłomujemy furkę, możemy odpalić w każdej chwili powtórkę, cofnąć do wybranego momentu i od tej chwili ponownie zacząć jazdę. Bardzo praktyczne rozwiązanie.

Dirt 2 jest grą niemal idealną i głowiłem się, czy przypadkiem nie byłoby warto rozważyć najwyższej noty. Mało jest gier wyścigowych, które potrafiłyby tak przykuć do telewizora i dać taką dawkę frajdy. Przyznaję jednak, że bardziej niż w nowej edycji McRae jestem zakochany w trochę starszym już Racedriver Grid. Dyskusja nad wyższością jednego nad drugim byłaby jednak iście akademicką, gdyż obydwie są bliskie perfekcji i kwestia supremacji jest, według mnie, sprawą gustu. Dlatego zatrzymałem się z ocenianiem na “jedynie” bardzo mocnej dziewiątce z plusem. Jeśli lubicie wirtualną jazdę, Dirt 2 jest dla was pozycją po prostu obowiązkową!

2009-09-21. Tekst napisany na zlecenie portalu Gaminator.tv.

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze