Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Całkiem Spory Urlopowy Konkurs

C

Musiałem się zaprzeć o biurko, żeby kolejnego konkurs nie nazwać “mega” czy “epickim”. Co za dużo, to niezdrowo – stanęło na “całkiem sporym”. W ramach przygotowań do urlopu, który zaczyna mi się jutro, przejrzałem między innymi swój stos książek i trafiłem na kilka duplikatów oraz pozycji do oddania. I pomyślałem sobie – zrobię konkurs. Tak właśnie sobie pomyślałem. I robię.

Oto, co jest do zgarnięcia:

  1. “Blade Runner”, Philip K. Dick
  2. “Czysta Gra”, Philip K. Dick
  3. “Rycerz Czarnej Róży”, James Lowder
  4. “Planescape: Strony Bólu”, Troy Denning
  5. “Planescape: Torment”, Ray i Valerie Wallese
  6. Trylogia “Wrót Baldura”, autorzy różni
  7. “Miasteczko Dry Water”, Eric S. Nylund

Uczciwie dodam, że “Torment” i “Strony Bólu” noszą wyraźnie ślady użytkowania, reszta książek jest nowiutka, ewentualnie raz czytana, ale wygląda jak nowiutka. Zastanawiałem się, czy w ogóle dorzucać do puli te dwie używane pozycje, ale uznałem, że chyba lepiej zgarnąć dwie książki niż nie zgarnąć dwóch książek. Bo to już cztery książki przecież.

A zadanie jest proste. Nie będziemy się tam bawić w żadne głupie “jaką książkę zabrałbyś na bezludną wyspę, żeby później ją zjeść lub rozpalić na niej ognisko, upiec kokosa i później go zejść”. Zabawimy się w wersję ekstremalną tej wyliczanki. Właśnie po ulicach w najlepsze biegają hordy zombie (OK, po ulicach powolnie kuśtykają hordy zombie). Jesteś ostatnim ocalałym i traf chciał, że wbiłeś się ciężarówką wypchaną po brzegi konserwami wojskowymi w ścianę biblioteki. Jedzenia Ci starczy, ale siłą rzeczy świat odciął ci centralne ogrzewanie, a teraz właśnie zaczęła się zima. Którą książkę z przepastnych zasobów biblioteki spalisz jako ostatnią, żeby podgrzać zawartość konserwy wojskowej? I dlaczego akurat tę?

Najbardziej kreatywna odpowiedź zgarnia wszystkie książki! A jeśli będę miał problem wybrać, to zastrzegam sobie prawo do dodania do puli jakiejś nagrody pocieszenia.
Zaraz przejdziemy do krótkiego regulaminu, ale najpierw jeszcze jedno, krótkie ogłoszenie. Otóż, jak nazwa wskazuje, jest to konkurs urlopowy. Wybywam na trzy-cztery tygodnie i nie będę miał internetu. Postarałem się jednak, by teksty pojawiały się na blogu, więc zachęcam do odwiedzania i/lub subskrypcji mojego kanału RSS (RSS-y to ogólnie jest cudowny wynalazek, który mocno polecam). Będą to moje archiwalne recenzje filmów, które staram się w końcu wszystkie dodać na blogu z uporem godnym lepszej sprawy. Innymi słowy, szału nie ma, ale może kogoś coś zainteresuje. Jeszcze nie wiem, ile tych tekstów w tym czasie wjedzie, ale pewnie coś około 10 i będą się pojawiać w możliwie regularnych odstępach.
A teraz krótki regulamin:

  1. Odpowiedzi w formie tekstowej umieszczajcie w komentarzach do tego wpisu.
  2. Odpowiedzi konkursowe można publikować do 7. września 2012.
  3. Po 7. września 2012 postaram się szybko wybrać zwycięzcę i ogłosić go na łamach mojego Facebooka oraz na blogu.
  4. Po ogłoszeniu zwycięzcy w ciągu 14 dni wyślę paczkę na wskazany adres.
  5. Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu konkursowego, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Do dzieła! Życzę udanej zabawy. 

komentarzy 58

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • Ulyssesa. Paliłbym go powoli czytając, spalając te strony które już przeczytałem. Pierwsze wrażenie zawsze będzie najlepszego, bo nie będę mógł wrócić by jeszcze raz się nad tym zastanawiać. Do tego Paulo Coelho będzie się truposzom w żołądkach przewraca, gdy on spłonie wcześniej od Joyce’a.

  • Konkurs zaiste ciekawy, nie przeczę. Będę się starał coś ciekawego wymyślić, bo a nuż. A dla pozycji Baldura i Planescape-a, zrobił bym i bardziej wymagające rzeczy.
    Ale jednak muszę się zapytać. Wiem może to i nie grzecznie ale… Ten kubeczek z urwanym uszkiem też do wygrania, czy też on tam przypadkiem? ^^

    • “Kubeczek bez ucha” (trzymajmy się fachowego nazewnictwa) jest częścią ekspozycji i nie stanowi przedmiotu konkursu, bardzo mi przykro. ;-]
      Swoją drogą, aż taką masz ochotę na Baldura i Planescape’a? Jakiś wrodzony masochizm czy po prostu nie wiesz, na co się piszesz, i jesteś ciekawy? :]

  • “Podatki i prawo podatkowe” (A.Gomółkowicz, J. Małecki) Gruba i niepotrzebna księga. Ponad 750 stron ogrzeje wiele konserw. 1/3 bibliotek to książki o podatkach, przepisach itp. Można by nimi rozpalić wielkie ognisko i dzięki nim przetrwać wiele miesięcy!

  • Umrę z wychłodzenia, nie paląc żadnych książek. To dla mnie świętokradztwo 🙂 Ewentualnie dam się wcześniej dziabnąć jakiemuś zombie, może zmądrzeje od tego ^^.

  • z przepastnych zasobów biblioteki spalę jako ostatnią, żeby podgrzać zawartość konserwy wojskowej książkę „Messi” Luki Caiolego.Dlatego akurat tę ponieważ moim zdaniem jest ona zbyt jednostronna,brakuje ciekawych anegdot i poza boiskowego tła z Barcelony i reprezentacji, opisów relacji z trenerami i piłkarzami,zawiera za dużo niemal identycznych opinii w wywiadach.Ponadto jest książką przesłodzoną, nieobiektywną, jednowymiarową i niedopracowaną.

  • “Lód” Dukaja. Ta książka jest tak gruba, że z powodzeniem może służyć za broń gdy uznam, że siedzenie w ciężarówce do dla mnie za mało. Już sam język książki jest powalający i pozwala ogłupić(!) zombiaki użyciem języka zaprzeszłego. Sam też czytając kilka razy całkiem nieźle się zaciąłem, a więc z powodzeniem można za pomocą kartek odciąć głowę intruzom, lub ewentualnie sobie, gdy człowiek znudzi się egzystencją. Książka ta pozwoli także na granie w baseball zużytymi konserwami, a więc poza walorami kulturalnymi, może dostarczyć także ruchu. No i ostatecznie jej grubość może pozwoli na tak długie palenie się, aby wezwać pomoc lub jeśli konserwy będą wystarczająco stare i wytworzą wystarczająco dużo gazu, zrównać całe miasto z ziemią w całkiem widowiskowej eksplozji.

  • Ktoś mnie już uprzedził z “Lodem” Dukaja, chociaż i tak nie na niego by padło (pomimo mojego fanatycznego oddania Jackowi D.).
    Jako ostatnią spaliłbym kopię “Przypadków Robinsona Crusoe”. Po raz pierwszy przeczytałem ją jeszcze małym dziecięciem będąc i szczerze mówiąc porwała mnie niesamowicie. Sam koncept przetrwania na bezludnej wyspie jest ciekawy i bardzo łatwo zidentyfikować się z bohaterem spędzając czas samotnie w bibliotece. Gdyby w owej skarbnicy słów grasowały szczury z powodzeniem czerpać z “Przypadków” można też rady na temat polowania i przetrwania.
    Na poważnie zaś: mam po prostu masę miłych wspomnień związanych z Robinsonem. Przeczytałem zapiski jego przygód przynajmniej 10 razy w ciągu swojego życia. Wczesne dzieciństwo to zazwyczaj najlepszy okres w życiu człowieka – zero zmartwień (no, może poza “z kim by tu wyjść na dwór i pograć w piłkę”), tylko beztroska. Takie rozweselanie się jest chyba najlepszym lekarstwem na samotność (ponownie nawiązuje – utożsamienie się z bohaterem dzieła), w sytuacji gdy jedyne co czeka na Ciebie poza ścianami schronienia to cholerni kanibale – w tej roli kuzyni Stubbs’a zamiast rdzennej ludności karaibskiej.
    Po spaleniu ostatniej strony ubrałbym się więc we własnej roboty szatę ze skór szczurów, wziął do ręki wystrugane z półek łuk i strzały, a następnie odszedł po warszawsku – w walce!

  • Jaką ostatnią książkę pewnie zostawiłbym http://www.zobaczfb.pl/demot/0_0_1421758700_Ksiazka_Zrozumiec_kobiety_przez_JaroslawD.jpg taką książkę. Nie dosyć, że gruba to zombie się zdziwi, że mężczyzna potrafi martwić się takimi rzeczami xD. Jeśli chodzi o książki, które istnieją na prawdę, to pewne zostałbym trylogię Władcy Pierścieni, ponieważ nie czytałem jej jeszcze a poza tym jest na tyle gruba, że starczy na dużą ilość spalań i książka podobno jest na tyle ciekawa, że nawet zombie pewnie się wciągnie w tą opowieść XD

  • Ostatnią książkę jaką bym spalił była by Biblia , kartkę po kartce, a gdy zostanie mi już tylko ostatni dział to będzie Apokalipsa.

  • Jako ostatnią spaliłabym książkę “Cień wiatru”, bo właśnie ta książka Juliana Caraxa, wedle fabuły powieści Carlosa Ruiza Zafona, była jedynym egzemplarzem poszukiwanym przez samego Mefistofelesa… ]:-> Nie dając w ten sposób wygrać złej mocy, która chciała książkę spalić, uczyniłabym to sama W OSTATECZNEJ OSTATECZNOŚCI.
    P.S. Nie żyjemy w czasach inkwizycji. Książek nie należy palić a….czytać 🙂

  • Cień wiatru-Carlos Ruiz Zafón to książka, którą jako ostatnią spalę.
    Dlaczego?
    Ponieważ ta pozycja książkowa będzie mi długo przypominać o tym jak książki są bardzo ważne i cenne dla człowieka oraz jaki mają wpływ na Jego osobowość i życie. Dzięki powieścią kształtuję się moje “Ja”, dzięki nim przebywam wiele niesamowitych podróży, a co najważniejsze to one odciągają mnie od szarej rzeczywistości.

  • Jako ostatnią spalę “Bez przebaczenia”A. Lingas-Łoniewskiej. Bo dzięki niej ciągle będę miała coś do picia, bo ciągle przy niej płącze. To ona uratuje mnie przed grasującym Zombi i jako ostatnia stanie w płomieniach, chyba ze da się przeżyć o słonych łzach. Wiecie to może?
    agata.17ko@wp.pl

  • Usiadłem spokojnie przy dogasającym ognisku. Praktycznie
    pogodziłem się już z losem. Rozejrzałem się po doszczętnie splądrowanej
    bibliotece. Przepastne regały wypełnione mądrościami wieków zniknęły już dawno
    temu, podobnie jak całe pozostałe umeblowanie i wszystkie inne sprzęty, którymi
    dało się podsycić płomienie. Zamknąłem na chwilę oczy i wsłuchałem się w
    dźwięki dobiegające z zewnątrz. Mimo wyjącego wiatru wyraźnie słyszałem
    podniecone pomruki zombiaków, melodię, która układała mnie do snu i budziła
    każdego dnia od niemal trzech miesięcy. Przywykłem, choć wiedziałem, że w końcu
    i tak przyjdzie mi wyjść jej na spotkanie. Przysunąłem się bliżej do ognia i z
    kieszeni płaszcza wyjąłem składniki mojej ostatniej wieczerzy. Konserwa,
    przechowywana specjalnie na te chwilę, wydawała się bardzo smakowita. Jej
    termin przydatności do spożycia minął dopiero przed tygodniem, więc czekała
    mnie naprawdę wyśmienita uczta. Dopełnieniem posiłku była piętka twardego
    chleba i ćwierć butelki wódki, którą znalazłem kiedyś w kanciapie stróża. –
    Teraz czas na najtrudniejszą część – westchnąłem, dziwiąc się trochę barwie
    własnego głosu, którego nie słyszałem od jakiegoś czasu. Nie było w końcu do
    kogo gęby otworzyć, a rozmawiać z samym sobą nie miałem zamiaru. Ponownie
    sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem z niej pojedynczą książkę, ostatni ocalały
    wolumin, który pielęgnowałem i chroniłem z pietyzmem godnym wznioślejszych
    czynów. Przejechałem palcem po okładce i odczytałem tytuł – Harry Potter i
    kamień filozoficzny. Pomyślałem co powiedzieliby teraz moi znajomi widząc mnie,
    wielkiego nieogolonego faceta przykucniętego przy resztkach ogniska, który w
    brudnych łapach trzyma książkę dla dzieci. Zacząłem się śmiać. Śmiałem się opętańczo,
    a mój chichot odbijał się echem od ścian i sufitu splądrowanej biblioteki tak,
    że przez chwilę wydawało mi się, że wszyscy moi znajomi, przyjaciele i rodzina są
    tutaj ze mną i do rozpuku nabijają się z mojego wyboru. W końcu jednak śmiech
    ustał, a wraz z nim odpłynęły miraże z mojej przeszłości. Dźwignąłem się na
    kolana i otworzywszy książkę wydarłem z niej stronę tytułową. Czułem się
    nieswojo, bo nieprzypadkowo spalenie właśnie tej książki chciałem odłożyć jak
    najpóźniej. Mało kto wie, ale ja, zapalony czytelnik i miłośnik wszelakiej
    literatury, człowiek, który książki pochłaniał wręcz tonami, w dzieciństwie nie
    garnął się do żadnej lektury. Żadne Jacki, Placki i Pankracki, czy inne
    Wojtusie co chciały być strażakami nie zdołały mnie przekonać aby usiąść w
    miejscu i poświęcić mój cenny czas na „nudne czytanie”. Pewnego dnia moja
    wspaniała rodzicielka przyniosła jednak do domu niepozorną książkę o przygodach
    małego czarodzieja. I wtedy wszystko zmieniło się jak za dotknięciem
    czarodziejskiej różdżki. Dobre to były czasy – pomyślałem przebiegając wzrokiem
    pierwsze akapity początkowego rozdziału, które znałem już na pamięć – Gdyby nie
    ta książka nie byłoby tysięcy innych. Nie
    poznałbym przygód Robinsona Cruzoe i Hrabiego Monte Christo, nie zabrałbym się
    za Tolkiena, Clancy’ego czy Coelho. Nie poznałbym całego szeregu gatunków
    literackich i światów wykreowanych przez wyobraźnię moich ulubionych autorów. –
    Dzięki Harry – szepnąłem i kontynuowałem rozpalanie ogniska, metodycznie wydzierając
    z powieści kolejne stronnice. – Czeka mnie dziś ciężki dzień i na pewno
    odrobina magii nie zaszkodzi.

  • Nicholas Sparks – “ostatnia piosenka”
    Książka ta pomimo trudnej i dramatycznej rzeczywistości, przeniesie mnie w inny świat i pozwoli skupić się na swojej treści, bez zbędnego zamartwiania się tym co dzieje się wokoło. Grubość jej pozwoli mi na nacieszeniu się daną chwilą, która pozostała mi jeszcze do przeżycia !

  • książka beara gryllsa “szkoła przetrwania” studiowałababym ją. A gdyby się dowiedział jak potraktowano jego książkę by podgrzać konserwy to był by dumny

  • Coś mi nie wchodzi comment ;/ Powtórzę więc iż, w przypadku ataku zombiaków w zimnej ciemnej piwnicy wyposażonej w bibliotekę, never ever nie dałabym ogrzać konserwy Okiem Jelenia Sz. P. Pilipiuka – absolutnie żadnym z tomów. Alternatywą grzewczą byłaby wtedy myk typu: konserwa pacha (czyt. konserwa wsadzona pod pachę na kilka godzin), lub konserwa-uda (in case of większa puszka;) Pozdr ;ppp

  • HA , po spaleniu całego prawa i książek religijnych ( te w szczególności) , zostanie mi fantastyka i “101 zastosowań konserwy wojskowej” . Z pełnym brzuchem i generatorem zasilanym konserwami dam radę do wiosny .

  • Książką, którą wskazałbym na zaszczytne miejsce jest “Książeczka wojskowa” Antoniego Pawlaka. Uzasadniam tym, że zawiera zapis koszmarnych wspomnień autora z których jedno jest przednie i głosi, iż “w wojsku nie ma miejsca na filozofię” (cytuję z pamięci).

  • Poszukałbym jakiegoś notesu, i w nim zapisał swoją historię, a ostatnią koserwę zjadłbym na zimno…

  • O! To pytanie trafiło w sedno moich najgorszych wspomnień! Książką, którą jako ostatnią spaliłabym, by ogrzać konserwę są bez wątpienia… KRZYŻACY! Z tym, że powodem odłożenia tej sytuacji ‘na później’ byłby wstręt przed spojrzeniem w jej stronę (Wybacz Heniek!). Na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Całe noce i popołudnia spędzone w męczarniach na czytaniu tej nieprzyswajalnej lektury. Zakaz oglądania telewizji czy wychodzenia na dwór przez streszczeniem Tacie rozdziałów! KOSZMAR mojego dzieciństwa! W dalszym ciągu zastanawiam się czy trauma pozwoliłaby mi sięgnąć po tę powieść nawet w obliczu rychłego zjedzenia zimnej konserwy.

  • Bear Grylls – Szkoła przetrwania. Kultowy poradnik survivalowy:D
    Z czystym sumieniem poszłaby jako ostatnia, bo za pewne najbardziej wykorzystana przeze mnie ze wszystkich. Bear byłby dumny, w końcu myślę, że chciałby, aby jego książka zginęła w ekstremalny sposób. Pewnie zamiast konserw zaproponowałby do jedzenia jakieś korniki czy co tam w półkach bibliotecznych siedzi… Więc biorę zapalniczkę z ciężarówy (wybacz Bear, nie mam krzesiwa) i pal sześć, niech pójdzie ta ofiara z dymem! A do mnie po chwili znów zawita głód i zacznę rozstawiać wnyki na zombiaków. Dziękuję Grylls, naprawdę dzięki, że byłeś ze mną przez cały czas. Byłeś świetny, ale nadejszła wiekopomna chwila – czas na inną podstawkę pod konserwy. W końcu tyle stolików w bibliotece…

  • “Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach”-strony w tej książce są zupełnie puste(bez druku),a dlaczego?Bo tyle wiedzą Ci mężczyźni:)))

  • “Hobbit” J. R.R. Tolkiena. Dlaczego akurat tę książkę? Równie dobrze mogłabym zostawić każdą inną księgę. Jak już zostało wspomniane wyżej, jestem ostatnią z żywych, niedługo sama umrę, nie pozostawiam po sobie potomka. Na świecie pozostały już tylko rosliny i zombie, którym na książkach raczej nie zależy. Nie ma żadnych ludzi, nikt nie będzie tejże książki czytał, nikt nie zgani mnie za wybrór. Prawde powiedziawszy, nie będzie to istotne, jaka książka pozostanie “przy życiu”, skoro i tak nie będzie jej miał kto czytać.
    “Hobbita” pozostawiłabym z czystej sympatii do tej książki, Tolkiena i fantastyki, niczego więcej.

  • Ze wszystkich książek z biblioteki zostawiłbym z pewnością “Stary człowiek i morze” (ryli?!). Czemu? Bo większości i tak nie znam, a życie w obecnej sytuacji byłoby zbyt krótkie, żeby jako ostatnią książkę czytać jakąś szmirę. Więc trza czytać coś co się zna i jest sprawdzone. A czemu tą? Bo w zasadzie jak każdy lubię wiedzieć, że ktoś ma tak źle jak ja. Stary? Pewnie, że tak samo ma. Męczy się i męczy, by ostatecznie go ograbiono ze wszystkiego co zdobył. Taka parafraza mojego życia w którym to otacza mnie banda darmozjadów czyhająca na mój mózg.
    pe es
    Poza tym tak cienkich książek się nie pali, chyba że w grupie, ale ja nie lubie mieszać pozycji.

  • 101 pysznych potraw z konserwy – poradnik postapokaliptyczny
    Na początek proponuję takie potrawy jak: konserwa z puszki, konserwa z podłogi, konserwa z pleśnią, konserwa z solą lub hit tego roku… konserwa z dodatkiem konserwy!

  • Biblię – kończąc coś, co nie było prawdą od samego początku.

  • Zdecydowanie Thomas Harris “Hannibal, po drugiej stronie maski.” Zanim zajdzie potrzeba spalenia tej ostatniej książki i zjedzenia konserwy, wyciągnę tyle pomysłów na ciekawy obiad, że moja biblioteka będzie bezpieczna przez długi czas. Polędwiczki z policzków? Drobnostka, móżdżek w sosie własnym? Mniam, aż cieknie ślinka…

  • ” Miasteczko Salem ” Kinga x.x kto wie co może przyjść po zombie :>

  • Jako ostatnia spale ksiazke……telefoniczna.
    Bede wydzwanial do ludzi z prosba o ratunek i mam nadzieje,ze ktos sie w koncu zlituje i mi pomoze! 🙂 A numery telefonow beda niezbedne!

  • Zaczynam od solidnego przejrzenia biblioteki. Hm… Tolkien, Rowling, King, Rice, Alex, Christie… Za dużo tu tego! Na początek wszystko to, co najbardziej kocham. Mhm…Tolkien i King… Wybacz, Stephen, Tolkien jest ponadczasowy! Kiedy już Miasteczko Salem, Lśnienie i wszystkie pozostałe książki dają mi ciepło, ja wędruję sobie z Frodem i Samem nienawidząc Golluma, walczę o Helmowy Jar z Aragornem, ubolewam z elfami nad śmiercią Gandalfa, martwię się z pozostałymi z Drużyny Pierścienia o Froda, przecież od Samotnej Góry dzieli go 10 000 orków! Gandalfie, jak mogłeś posłać go na śmierć? Krzyczę “nieeee!!!!”, gdy Powiernik Pierścienia oznajmia, że go tam nie wrzuci i wydaję okrzyk zwycięstwa kiedy Gollum ginie z Pierścieniem. Zachwycam się końcem powieści, w międzyczasie złorzecząc Sarumanowi. Precz z Shire!
    A kiedy już skończą mi się zapasy i wyruszę na bitwę z zombiakami, będę jak Eowina, nie poddam się dopóki nie zwyciężę. Będę wytrwała jak Frodo, dzielna jak Sam, wesoła i stuknięta jak Merry i Pippin, będę walczyła jak Aragon, będę liczyła zbite stwory jak Legolas i Gimli.
    A na koniec, kiedy już zaczną jeść mój mózg wrzasnę: warto było, to przeżyć! Chcę jeszcze raz!
    Dziękuję za uwagę i pozdrawiam 😀
    Fanatyk Żelek

  • Książki mogą uratować życie, więc trzeba się dobrze zastanowić co najważniejsze, co zostawić na sam finał. Duchowe mądrości Biblii i Bhagavad-gity? Nie, to spalę od razu, w końcu i tak wszyscy umrzemy. Horror, kryminał odpada, mam to za oknem. Więc może filozoficzne przemyślenia lub egzystencjalne rozterki człowieka pogrążonego w bólu, opłakującego losy świata? Camus, Sartre? Cholera, sama nie wiem. Aha! Gombrowicz w Transatlantyku pokazał, że jedyny ratunek to…śmiech! Ale nie Transatlantyk spalę jako ostatni, ten zaszczyt przypadnie…Błaznowi Christophera Moora! Zanim dojdzie do podpalenia stron tej rubasznej księgi, umrę ze śmiechu i już nie będzie mi potrzebna wojskowa konserwa (zwłaszcza, że nienawidzę mielonki!)

  • Jako ostatnią książkę spaliłbym Podręcznik Gracza do D&D do gry fabularnej fantasy Dungeons&Dragons. Dlaczego akurat tę książkę? Na początku wyjaśnijmy jedną sprawę. Dla mnie to nie jest zwykła książka, którą można kupić w Empiku albo w innych tego typu sklepach. W stronach tej Książki (specjalnie pisane z dużej litery) zawarte jest całe moje dzieciństwo. Ilokrotnie bym spojrzał na nią przypomniałby mi się dzień w którym otrzymałem ją jako prezent urodzinowy, jako… najlepszą rzecz którą dane mi było oglądać. Przypomniałyby mi się dnie, gdy razem z przyjaciółmi spotykaliśmy się wieczorem w lesie i kontynuowaliśmy rozgrywkę. Przypomniałaby mi wszystkie moje postacie stworzone w tej grze, wszystkie przygody, które przeżywałem oczami mojego bohatera.
    Przygody – te lepsze i te gorsze, te straszne i te zabawne, te dłuższe i te krótsze – wszystkie sprawiały radość w większym lub mniejszym stopniu.
    Przypomniałaby mi wszystkie nieprzespane nocy, gdy wymykałem się z domu z kolegami, gdy rozpalaliśmy gdzieś w polach ognisko, gdy wybieraliśmy Dungeon Mastera, Mistrza Podziemi, który był swego rodzaju Bogiem – tworzył i niszczył. Wybór DM był znaczący, najważniejszy – to od niego zależało, czy gra będzie ciekawa, czy nieciekawa, intensywna, czy też powolna. W chwili, gdy zostałbym otoczony przez zombie przypomniałaby mi ciepło wydzielane przez ognisko i dodałaby otuchę. Przypomniałaby mi o wolności. Z Książką w kieszeni, z konserwami w jednej ręce i palącym się drewnem wziętym prosto z ogniska ruszyłbym w bój. A gdy śmierć pomacha mi ręką… nie zawaham się. Ostatkami sił dotknę drewnem Książkę, spalę ją, by zombie nigdy po nią nie sięgneli – nie zasługują na to. W miejscu, gdzie umarłem zostawię po sobie proch – pozostałość po moim dzieciństwie i pozostałość po… mojej Książce.
    P.S. Największym powodem, dla którego wziąłem udział w tym konkursie była chęć otrzymania Trylogii Wrota Baldura i Planescape: Torment oraz Planescape: Strony Bólu. Baldur’s Gate (Wrota Baldura) i Planescape: Torment również są związane z moim życiem. Nie zapomniałbym przecież o grach na podstawie D&D. Bioware odwaliło kawał dobrej roboty, tak samo jak Black Isle. Już wielokrotnie próbowałem kupić swój własny egzemplarz tych książek. Niestety nie udało mi się. Wygrana byłaby dla mnie najlepszym prezentem, który otrzymałbym w tym roku i nie tylko, jednak to Ty Moderatorze zdecydujesz kto zasłużył na miano zwycięzcy, a ja w przypadku przegranej (co jest bardzo prawdopodobne) spróbuję cieszyć się razem ze zwycięzcą.
    Pozdrawiam wszystkich miłośników książek (zwłaszcza tych o tematyce D&D.
    Dawid Grigoryan

  • “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Sama jestem spokojna, uległa, strachliwa, a czytając ten kryminał czułam się zafascynowana bohaterką Lisbeth. Samo czytanie o niej dodaje mi poweru, siły, ona potrafiłaby wywołać we mnie moją ciemną stronę, uaktywnić złość i ewentualnie pomóc w bezwzględnej walce z upiorami.

  • Na samą myśl o tym, że miałabym palić jakiekolwiek książki,
    robi mi się słabo. To przerażające, nie wiem czy nie bardziej od tych
    zombiaków, które na mnie czyhają… Pewnie długo wahałabym się, czy w ogóle coś
    palić, czy jeść konserwy na zimno przymarzając przy tym z powodu braku
    ogrzewania. Pewnie po jakimś czasie bym się przełamała i chwyciła jakąś książkę
    do spalenia. Na początek pewnie najgrubsza, bo więcej ciepła da i na dłużej
    starczy. A wiadomo, lepiej zabić jedną książkę, niż kilka. Gdy zacznie płonąć,
    ogrzewając mnie i moją pyszną potrawę, zapewne obudzi się we mnie pociąg do
    destrukcji. To tak jak wtedy, gdy pierwszy raz w życiu patroszyłam rybę. Na
    początku brzydziłam się ją w ogóle dotknąć. A gdy już się przełamałam, gdy
    rozcięłam jej brzuszysko z lekką niepewnością włożyłam do niej rękę. Chwyciłam
    flaki i powoli zaczęłam je wyrywać. Na ręce poczułam ciepłą, przyjemną krew,
    która zaczęła się wylewać – szarpnęłam mocniej. Po chwili już trzymałam zakrwawione
    wnętrzności, patrząc się na nie z uwielbieniem i rzucając się na pozostałe
    pstrągi, aby przypadkiem ktoś nie przygotował ich przede mną. Od tego momentu,
    uwielbiam patroszyć ryby. Z książkami byłoby tak samo. Nie mogłabym się
    przełamać na początku, ale gdy w końcu zapaliłaby się jedna, chciałabym palić
    każdą. Jedna po drugiej. Napawając wzrok zniszczeniem, które jest moim dziełem,
    a jednocześnie płacząc z powodu utraty tego, co kocham najbardziej – książek.
    Płonęłyby w niewiarygodnym tempie. Targałyby mną ambiwalentne uczucia. Załamana
    i podniecona trzymałabym w ręce ostatnią książkę. Jedyną, którą czytałam więcej
    niż raz. Książkę, której nie chciałabym spalić, bo mam do niej sentyment.
    Książkę ponadczasową. Książkę, którą każdy, bez względu na wiek, powinien
    przeczytać, a później, gdy będzie starszy, przeczytać jeszcze raz, bowiem w
    każdym wieku, można odebrać ją inaczej. “Mały książę”- to lektura,
    którą będę chciała ocalić. Będę siedzieć z nią przy wielkim ognisku, które
    stworzę z całej zawartości biblioteki. Destrukcyjna część mnie, będzie chciała,
    abym ją spaliła. Będę czuć się rozerwana, nie wiedząc co robić. Nie ulegnę.
    Otworzę ją i zacznę czytać, po raz kolejny. Ogarnie mnie melancholijny nastrój,
    jednocześnie będę szczęśliwa, że czytam. Szczęśliwa i smutna. Będę czytać i
    płakać. Płakać coraz bardziej i bardziej z każdą przeczytaną stroną. Będę
    świadoma tego, że gdy skończę czytać, to będzie już koniec. Co prawda książka
    jest tak cieniutka, że nie ma sensu jej już palić, ale wiadomo, że i tak
    niedługo umrę, więc nie ma to dla mnie znaczenia. Więc czytam dalej. I w
    momencie, gdy docieram do fragmentu “Świat łez jest taki
    tajemniczy”… Zamyślam się. Uspokajam. Tak, już jestem spokojna,
    pogodzona z tym, co niedługo nastąpi. Świadoma tego, że wkrótce wszystko
    zgaśnie, a ja zamarznę na śmierć. Już nic, w życiu mnie nie zaskoczy. A
    jednak… Płomień jest olbrzymi. “Ognisko” rozprzestrzeniło się tak
    bardzo, że zbiornik paliwa w ciężarówce zapala się i następuje wybuch tak
    potężny, że zmiata wszystko. Wybuch tak olbrzymi, że wyrzuca mnie w powietrze i
    lecę, lecę daleko, wprost na planetę Małego Księcia. Spadam tuż obok niego i
    słyszę jego delikatny głos:
    – Cześć! Obejrzysz ze mną zachód słońca?
    Uśmiecham się delikatnie i tylko kiwam głową, która niebawem
    mi odpadnie. Obserwujemy w milczeniu. Zachód słońca, ten, który Mały Książę tak
    uwielbiał. Teraz mogę obserwować go wraz z nim. To NASZ zachód słońca.
    Najlepszy. Najcudowniejszy. Dlaczego? Bo mój ostatni.

  • Z książek autorów na literę A i B zbuduję mur, którym zastawię dziurę po uderzeniu ciężarówki. Książki autorów na C posłużą mi jako papier toaletowy. Tymi na D uszczelnię okno. Stronami autorów na E owinę się, żeby mi było ciepło. Książki autorów na F posłużą mi za łóżeczko. G, H i I będą jak klocki lego, z których zrobię mebelki. Na marginesach książek autorów na J będę robić notatki. Jak będzie mi się nudzić, to książki na K zużyję na origami. książki na L będę czytać, a jak będą nudne, to przeczytam coś Ł. Resztę spalę, więc ostatnia książka, którą spalę będzie napisana przez kogoś kogo nazwisko zaczyna się Z.

  • “Dom z papieru” Carlos Maria Dominguez – książka o książkach, ładnie wydana, krótka, szybko i przyjemnie się czyta, pewnie szybko się pali, więc do ogniska, chwile odsapnąć i kończymy zabawę.

  • W chwili, kiedy rzeczywiście zastanawiałbym się nad tą “ostatnią książką”, sięgnąłbym po coś lekkiego, wprawiającego w dobry nastrój… Coś przypominającego o dobrych chwilach, będącego odskocznią od przykrej rzeczywistości. Jest taka książka, którą czytam co roku, wiosną. Z przyzwyczajenia i pozytywnych emocji z niej bijących – “Rok w Prowansji” Petera Mylea. Książka, która leży gdzieś obok pozycji, które zazwyczaj czytam, jednakże mająca w sobie ten nieodparty urok, kiedy pochłaniam kolejne akapity, a gęba sama się śmieje…
    Poza tym, nawet jeśli to jedna zima, jeden ocalały… To jeszcze tyle zim przede mną, jeszcze tyle bibliotek do staranowania tym starym Łazem… Będzie co czytać, będzie co palić, będzie co jeść. Wrzucam “Rok w Prowansji” wiosną do plecaka i jadę dalej, naładowany pozytywnie siekać zombie, szukać ocalałych i tym razem archiwum IPN na zimę… Tam będę palić bez skrupułów i ocalę kolejne biblioteki!

  • Najprawdopodobniej na samym końcu spaliłabym “Zmierzch”. Dlaczego? Ależ sprawa prosta jest i przejrzysta. Nie zapominajmy, że pomimo przejmującego mrozu oraz chordy zombie w monopolowym na przeciwko wypróżniać się trzeba. Uważam, że książki, które pójdą na podpałkę spełnią swój obywatelski obowiązek i w ramach podziękowań za czytanie ich z zapartym tchem oddadzą za mnie życie. Jakaś jednak musi wykonywać haniebną rolę papieru toaletowego. Jako, że z racji osobistych preferencji i braku uwielbienia dla tuzinkowych, wielbionych oraz lekko prostackich bestsellerów “Zmierzch” geniuszem swym serca mego nie skłonił do przyśpieszonego bicia… Wybieram go jako przysłowiową “srajtaśmę”, a co za tym idzie – do ognia, na honorową śmierć, pójdzie ostatni.

  • Na koniec zostawiłabym encyklopedię, bo takie duże stare Google w wydaniu książkowym kiedyś się przydawało, a jak nie ma ogrzewania to i nie ma pewnie prądu (w końcu zombie mogli przegryźć wszystkie kable) a bez wuja Google jak bez ręki 😉

  • A ja spaliłabym jako ostatnią książkę naszego wieszcza ,,Pan Tadeusz,, Kurcze na tej książce uczyłam się w wieku 3 lat czytać:) Mam do niej ogromny sentyment. Pamiętam jak doszłam do momentu, kiedy Telimenę pokąsały mrówki:) Śmiałam się z otwartą buźką, aż wszystkie mleczaki było widać:) Hihi:)

  • Ze wszystkich posiadanych przeze mnie książek na pewno w ostatniej kolejności użyłabym do spalenia dzieł mojego ulubionego autora, Maxime Chattam’a. Natomiast z ciężkim bólem serca spaliłabym wszystkie jego powieści, zostawiając na sam koniec “Otchłań zła”. Mam do tej książki ogromny sentyment, ponieważ jest to jego pierwsza książka wydana w Polsce kilka już lat temu. Trafiłam na nią przypadkiem, rzuciła mi się w oczy okładka. I w końcu po pewnym czasie postanowiłam ją kupić. Była to pierwsza zakupiona przeze mnie książka i najciężej byłoby mi się z nią rozstać. Wraz z jej rozpoczęciem, zaczęłam przygodę trwającą do teraz. Do dziś kupuję wszystkie jego powieści, ponieważ jest on mistrzem w swojej dziedzinie. Spalenie “Otchłani zła” byłoby stratą nie do odzyskania. Nawet jeśli mogłabym kupić nowszy, w lepszym stanie, z nową zmienioną okładką egzemplarz to nie byłoby to samo…. Nie wiem czy byłabym w stanie spalić tę powieść, trudno mi teraz wysnuwać teorie, musiałabym doświadczyć tej sutuacji, a wtedy bym się przekonała. Życie, czy książka. ;] Oto jest pytanie…..

  • – Psia kreeeew! Tak! To trzeba być mną żeby złapać na stopa
    ciężarówkę pełną konserw wojskowych i zajechać nią wprost do biblioteki, prawie
    zrównując ją z ziemią – burknęłam sama do siebie, słysząc po chwili dokładnie
    tą samą odpowiedź ze ścian potężnego budynku, jakby echo było ucieleśnieniem
    mojego pecha pt. „Jestem zdana tylko na siebie”. Moje życie obróciło się w
    koszmar od momentu, w którym wjechaliśmy do tego cholernego miasta. Pan Józek
    (tak mi się przedstawił) zatrzymał się w momencie, gdy rozpętała się burza
    śnieżna i uchylił mi drzwi swojego TIRa. Spojrzałam w górę i poczułam się jak
    Alicja z Krainy Czarów, lecz po dwóch próbach wdrapałam się w końcu na górę i
    ujrzałam posiwiałego faceta około sześćdziesiątki z papierosem w ustach.
    – Wsiadaj mała! Tego twojego kciuka to zaraz nie będzie
    widać spod tej kałuży – zażartował. Nienawidzę żartów na temat mojego średniego
    wzrostu, ale jeszcze bardziej nie znoszę stereotypowego poglądu o nieporadnej
    naturze kobiet, które mężczyźni muszą wybawiać z potrzasku z byle powodu,
    czyniąc przy tym minę na miarę bohatera. Musiałam jednak dojechać jak
    najszybciej do centrum, a pogoda pokrzyżowała me plany, więc było mi wszystko
    jedno jak kiepskie poczucie humoru ma mój wybawiciel. Po niedługiej chwili
    zatrzymaliśmy się tuż obok stacji benzynowej. Józek odparł, że musi kupić coś
    do jedzenia. Zostałam sama w tym wielkim wozie i ze znudzeniem przecierałam
    szybę, aby dostrzec cokolwiek poza niewyraźnymi neonami stacji. Nagle
    wybałuszyłam oczy i rozdziawiłam usta jak to czyni każda przerażona (przyszła)
    ofiara w horrorze. Choć to dziwnie zabrzmi, to Józek był właśnie konsumowany
    przez jakieś nie-wiadomo-co wgryzające się w niemal każdą część jego otyłego
    cielska. Dodatkowo zewsząd zaczęły pojawiać się inne ślamazarne postacie z
    niewytłumaczalnymi, acz raczej z niezbyt przyjaznymi intencjami. Do tej pory
    nie wiem jak to zrobiłam, ale w mig usiadłam za kierownicą i ruszyłam tym
    molochem, pokonując jakieś sto metrów. Jednak jak na babę-kierowcę przystało,
    nie wszystko poszło po mojej myśli w kwestii kierowania pojazdem, wylądowałam
    więc właśnie tutaj, przysypana stertą konserw i książek. Miałam ochotę cofnąć
    moje myśli o nieporadnych kobietach i krzyknąć głośno: „Maaaaaaamooooooooooo!”.
    7 dni później
    Mija właśnie okrągły tydzień odkąd to miejsce stało się moim
    domem. Konserwy wojskowe zdecydowanie plasują się na ostatnim miejscu moich
    obecnych życzeń kulinarnych. Za to mój kierowca-wybawiciel niechaj trafi na
    orszak anielskich pięknotek za tę skrzynkę czeskiego piwa, którą trzymał za
    siedzeniem. Nie wiem co się do licha stało z tym światem i dlaczego miasto
    opanowały te potwory z diabelskiego nasienia, ale nie nawet nie próbuję
    wydostać się na zewnątrz. Mą muzyką jest teraz zimowy wiatr przedzierający się
    przez nieszczelne okna i coś w rodzaju „buaahuehehabuehue” słyszalne z ulicy.
    Umarlaki dopadają swoje kolejne ofiary, a ja odważnie siedzę sobie tutaj na
    stercie książek i pożeram wieprzowinę w sosie własnym. Przez chwilę naszła mnie
    myśl: „Czymże różnię się od tych bydlaków jedząc zażynane świnie? Tym, że nawet
    sama jej sobie nie upolowałam?”, ale szybko wybiłam ją sobie z głowy.
    Przechodzenie na wegetarianizm byłoby w tej sytuacji dość niepraktyczne, a na
    celulozie z książek zbyt długo bym nie pożyła. Poza tym książki idą na ogrzewanie
    (całe szczęście, że Józek był palący, bo znalazłam też jego zapalniczkę).
    Niestety ciężarówka przegrała pojedynek z biblioteką i nie da się jej
    uruchomić. Powiem Wam, że nie narzekam na brak zajęć. Znalazłam swoje powołanie
    – chcę projektować meble z książek! Zrobiłam już sobie kanapę, łóżko, stolik
    nocny i szafę.
    25 dni później
    Każdorazowe zjedzenie konserwy wojskowej jest dla mnie
    wyzwaniem i kończy się strasznymi katuszami oraz negatywnym odzewem ze strony
    mojego układu pokarmowego. Oddałabym duszę za czekoladę albo gotowane
    ziemniaki! Chyba odchodzę od zmysłów. Powróciłam do czasów dzieciństwa i
    codziennie wymyślam sobie różne zabawy. Teraz jestem bibliotekarką i asertywnie
    zgłaszam się do niewidzialnych czytelników, aby oddali przetrzymane książki lub
    z nonszalancją w głosie polecam im ciekawe tytuły. Czy marzyliście w
    dzieciństwie o tym, żeby znaleźć się w nocy w zamkniętym hipermarkecie? Z
    chęcią dałabym się teraz zamknąć w jednym z nich, aby tylko móc przejść na
    bardziej różnorodną dietę. Niestety jestem uwięziona w raju dla moli
    książkowych. Pewnie zastanawiacie się czy przeczytałam choć jedną książkę będąc
    w tym miejscu. Muszę Was trochę rozczarować, ale więcej książek ode mnie
    pochłania ogień. Zima zdaje się być coraz bardziej sroga, a na to idą setki
    kilogramów papieru do palenia. W pierwszej kolejności spaliłam wszelką
    literaturę związaną z zombiakami, wampirami, strzygami, czarownicami i
    wszelkimi innymi stworami, które cholera nie powinny istnieć, a przed jednymi z
    nich się ukrywam. Przedtem tego typu tematyka była wręcz moją ulubioną, ale
    teraz nawet nie śni mi się do niej zaglądać. Kolejnymi książkowymi ofiarami
    były wszelkie książki kulinarne. Książką „Wieprzowina. Szybko i smacznie”
    cisnęłam najpierw o ścianę, podarłam na setki strzępków, a dopiero potem
    spaliłam. Później unicestwiłam wszelkie kryminały (nie lubię się teraz bać),
    nieprzydatne poradniki (na co mi teraz np. „126 motywów szydełkowych” albo
    „Poradnik Pszczelarza”?), tanie romansidła oraz literaturę dziecięcą. Obecnie moją
    ulubioną książką jest: „Origami. Sztuka składania papieru”. Gdy nie zajmuję się
    origami, czytam poezję Wojaczka. Moim mottem życiowym staje się jego wiersz:
    „Śmierć
    (Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
    Nie lepiej od razu
    Się powiesić)”
    Nastawia mnie on bardzo optymistycznie, bo najgorsze chwile
    już za mną. Bywały momenty, w których byłam w stanie wyjść z tego miejsca na
    ulicę i krzyknąć: „Chodźcie głupie umarlaki! Obiad!”. Bezsensowne biadolenie o
    moim cierpieniu pozostawiam więc na dalszym planie. Nie będzie ono pomocne w
    przeżyciu, a śmierć przyjdzie po mnie wtedy, kiedy ja na to pozwolę. Ot co!
    33 dni później
    Wojowniczka ze mnie taka jak z kociej pupci trąbka. W
    filmach o zombie ludzie też się barykadują, ale niemal zawsze wychodzą po jakimś
    czasie – aby ratować innych, uciekać przed tą niesympatyczną hordą albo szukać
    zapasów. Mogłabym nauczyć się strzelać książkami i być szybka niczym
    najsłynniejsi rewolwerowcy, ale z książek nie stworzę artylerii i sama nie dam
    rady się obronić. Szukanie pokojowego rozwiązania też nie miałoby sensu – „Ej!
    Nie możecie iść sobie jeść kogoś gdzie indziej?”. Nie obronię się również
    najbardziej naukową książką, gdyż wszelka dyskusja z tymi półgłówkami
    skończyłaby się na artykułowaniu zombiakalnych dźwięków.
    48 dni później
    Od rana śmieję się z żartobliwego powiedzenia: „Człowiek
    człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie”. Śmiech to mechanizm obronny, a ja
    totalnie dziczeję. Potrzebuję kontaktu, rozmowy! I wiecie co? Naszła mnie dziś
    głupia myśl, żeby zaprosić jakiegoś zombiaka na konserwę wojskową. Zapewne
    dostałabym Nagrodę Darwina za najgłupszą śmierć, ale przynajmniej miałabym
    chwilowe towarzystwo jakiejś (nie)żywej istoty. Zwierzaczki i ludziki z origami
    to nie to samo. Są tu jeszcze pająki, ale nie mam z nimi dobrych relacji.
    Książek coraz mniej, zima nie chce odejść, a zombiaki zaczęły dobijać się do
    biblioteki. Jedynie konserwa wojskowa przestała mi przeszkadzać – jest niczym
    chleb powszedni i nie może jej zabraknąć w moich codziennych rytuałach. Palę ognisko
    prawie przez cały czas, poza chwilami, w których śpię, a sypiam nadal bardzo
    źle. Świętych ksiąg na razie nie ruszam do palenia z szacunku do przeróżnych
    wyznań. Chyba jeszcze nie jest tak źle z moją moralnością i może nie oszaleję
    do końca. Poza tym znając mojego pecha, kiedyś musiałabym się tłumaczyć przed
    sądem z obrazy uczuć religijnych.
    66 dni później
    Spaliłam niemal wszystko z biblioteki, włącznie z jej
    umeblowaniem. Została mi jedynie garstka książek, a ja trzęsę się z zimna. I ze
    strachu. Co dalej będzie?
    Jest ze mną Ozzy. „Ja, Ozzy. Autobiografia” to dla mnie
    teraz najcenniejszy artefakt czy nawet biblia. Żadna książka nie potrafiła mnie
    rozbawić do łez, choć mam bardzo specyficzne poczucie humoru. Ozzy Osbourne
    jest w stu procentach szczery w tym co robi i mówi, ma cholerny dystans do
    siebie i do tego skubaniec miał milion razy okazję, aby siebie zniszczyć i nie
    mówię tu tylko o wódzie i narkotykach. Nie jest moim wzorem i choć zazdroszczę
    mu przeżyć, nie jestem aż tak popieprzona jak on. Uwielbiam poznawać ze
    szczegółami historię życia tego wariata. W tej chwili nie mam za bardzo co
    zrobić ze swoim życiem, tracę nad nim kontrolę. Niektóre momenty z tej książki
    są tak ironiczne, jak moja obecna sytuacja. Oto jeden z nich:
    „Krótko mówiąc, szkolna stołówka uratowała mi życie.
    Naprawdę lubiłem ten drobny fragment swojej pieprzonej, poronionej edukacji.
    Obiady w szkole były jak z bajki. Dostawło się główne danie i jeszcze na
    dodatek pudding. Fantastyczna sprawa! Dzisiaj bierzecie coś do ręki i zaraz
    słychać: „O, to ma dwieście kalorii”. Albo „O, to ma osiem gramów tłuszczów
    nasyconych”. Jednak w tamtych czasach nie istniało coś takiego jak jebana
    kaloria. Na talerzu leżało tylko żarcie”.
    Widzicie tu analogię do moich konserw? Mam jeszcze około dwudziestu
    puszek tego zacnego przysmaku. Nawet nie przychodzi mi przez myśl, ile
    świńskich tyłków przyszło mi tu zjeść. Za to szwędacze nie dobrały się jeszcze
    do mojego tyłka i jestem z tego dumna. Daję głowę, że gdyby Ozzy tu był, nie
    spędziłby ani jednego dnia w tej bibliotece. On by teraz stał na zewnątrz i
    ogryzał głowy zombiakom, jak to uczynił w swej karierze z bogu ducha winnym
    nietoperzem. Choćbym zamarzała z zimna, będę dzierżyć tę książkę w dłoni i
    śmiać się sama do siebie. Potem z prędkością światła przeleciałoby przed oczami
    całe moje życie – klatka po klatce z tych najbardziej pamiętnych wspomnień. W
    ostatnim tchnieniu mego życia warknęłabym „Niech te cholerne zombie piekło
    pochłonie!”.

    • Przeczytałem z wielką przyjemnością. :] Jeśli dobrze kojarzę, to chyba Twój pierwszy post na moim blogu, ale mam nadzieję, że nie będzie ostatnim. Oczywiście, kolejne nie muszą być aż tak epickie. ;]

  • Hmm…. Uwielbiam zombie, ale nie na żywo i nie chciałabym żyć w strachu, że mnie dopadną. Będąc ostatnią ocalałą, nie spaliłabym ani jednej książki, bo chciałabym, żeby zostały dla potomności ( mając nadzieję, że ludzkość się odrodzi ). Wolałabym zjeść zimną konserwę, a potem podciąć nią sobie żyły 😉 Jeśli wirus byłby w powietrzu, stałabym się jedną z nich i zagrałabym w ,,Popołudniu żywych trupów” czy ,,Resident Evil 77″ 🙂 Skoro wszyscy moi bliscy byliby na tamtym świecie lub kuśtykaliby po ulicach śmierć nie byłaby dla mnie niczym przykrym lecz wybawieniem. Tęskniłabym za nimi!
    A gdybym jednak musiała dokonać wyboru na sam koniec zostawiłabym poradnik ,,Jak przeżyć w warunkach ekstremalnych”. Pewnie jest tam rozdział o żywych trupach 🙂

  • Pana Sapkowskiego nie lubię, bo jest gburowaty (miałam nieprzyjemność poznać osobiście). Ale Wiedźmina kocham. I nie mam zamiaru palić tej sagi. Jeśli mam zginąć w starej bibliotece z głodu tudzież pożarta przez zombie (choć z opisu konkursu nie wynika jasno czy jestem ostatnim człowiekiem czy ostatnim zombie ;)) to zdecydowanie wolę spłonąć z mężczyzną, który od wielu lat śni mi się po nocach. Niestety istnieje on w nieco innym świecie. I tak przechodząc od zombie i konserw kończę tym romantycznym akcentem mając nadzieję, że ogień nas połączy na wieki 😉

  • Nie myślałam nad tym długo, ale proszę uwierzyć, że to jedyna możliwość dla mnie. Zaczęłam bym całe spalanie od dzieł światowych: Dostojewski, Le Guin, Herbert, Homer, od sasa do lasa… Później przeszłabym do reszty beletrystyki (lecz zostawiłabym jedną książkę). Po kolei na najokrutniejszą śmierć trafiałaby dzieła naukowe, kwiatki, szmatki i inne poradniki, aż zostałabym całkiem sama w tej beznadziejnej sytuacji. Bo o ile życie przez ileś miesięcy bez przerwy w zamkniętej przestrzeni z pociechą w postaci Marqueza, to hardcorowe życie, to sytuacja ta sama lecz bez jakiegokolwiek Marqueza, to koniec świata. Pozostałabym sama, opuszczona i niewątpliwie w półoszalała. Ale jednak nie taka sama. Bo została by jedna książka. Niewątpliwy majstersztyk.Książka, która naprawdę, naprawdę nienawidzę. Biała Masajka. Nie z powodu samej tematyki, ale autorki i do tego jak postawiła sprawę. Nie będę się rozwodziła dlaczego to, ale powiem, że to wyjątkowo obmierzłe, sztuczne i ohydne “coś”. Aż dreszcz przechodzi. Można się zdziwić, po cóż to właśnie ją ostawiłam sobie jaką ostatni bastion? A dlatego, że stanowi ona dla mnie symbol ostatecznej głupoty ludzkiej, głupoty kobiecej (o, my zatwardziałe feministki na samą myśl o tym czymś mdlejemy, absolutnie przerażone) i głupoty wydawnictwo, które wydało to “coś”. To trzy największe grzechy: głupota gatunku podobnie wyższego, głupota płci podobno słabszej (chyba na umyśle), która nie będzie umiała się z tego wybronić, głupota zbiorowiska, które nie umiało wystarczająco oprotestować tego “coś” . Gdybym spaliła to “coś” jako ostatnie, niewątpliwie rozgrzeszyłabym ludzkość. A że również pozostałabym jedyną jednostką ocalałą, z pewnością nie musiałabym się martwić już nieograniczoną niczym nielogicznością rodzaju ludzkiego. Wtem sposób nabrałabym nadziei (schizofrenia być może także miałaby szansę się cofnąć) i mogłabym zginąć nawet za pustą ideę, lub też za chociaż jednego martwego zombiaka. A, a nuż gdybym wyszła, odważyła się wyjść, okazałoby się, że to był tylko sen? A głupota ludzka nadal króluje nie podzielnie… Chociaż nie, już nie dla mnie.Worth it.

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: