Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Batman: Arkham Origins – Death in the Family…?

B

Długo się głowiłem, jakby tu zacząć ten tekst od zgrabnego żartu, przeinaczającego kultową wypowiedź Batmana z “Dark Knight”. Coś w stylu: “Arkham Origins to gra, na którą Batman nie zasłużył, ale której potrzebuje”. Czy jakoś tak. Niestety, wszelkie próby spaliły na panewce, ponieważ… to gra, której ani gracze nie potrzebowali, ani na którą Batman sobie nie zasłużył.

I nie zrozumcie mnie źle. To nie jest zły tytuł. Wręcz przeciwnie, jest bardzo przyzwoity, momentami dobry czy bardzo dobry. Ale… to za mało, po prostu. “Dobry” wystarczyłoby mi w kontekście gry o Iron Manie – to by wtedy znaczyło, że podnieśliśmy się z poziomu kompletnego szrotu do czegoś, co w ogóle można nazwać rozrywką. Ale “dobry” w kontekście serii Arkham? To tak jak napisać pod adresem którejś części GTA, że to “sympatyczna gra gangsterska, z którą się całkiem przyjemnie spędza czas”. Ponownie: to po prostu za mało, żeby usatysfakcjonować miłośnika serii. Arkham Asylum był perfekcyjne. Arkham City już podzieliło trochę graczy, ale nadal zasługiwało na co najmniej 9/10.

Zaś Arkham Origins jest “tylko” dobre.

Długa wigilia

Zacznijmy jednak od pozytywów, a do tych – przynajmniej z mojej perspektywy – zalicza się scenariusz gry. Przy czym mam tu na myśli całokształt, a nie tylko tę część związaną z wątkiem głównym gry. Historia zaczyna się tak, jak to sugerowały trailery – od wystawienia pokaźnej nagrody za przyniesienie głowy Mrocznego Rycerza na srebrnej tacy. Za listem gończym stoi niejaki Czarna Maska, któremu najwyraźniej Bruce z Gotham dosyć mocno zaszedł za skórę, mimo że swoją przygodę zamaskowanego mściciela zaczął dosyć niedawno. W gwiazdkową imprezę z okazji polowania na nietoperza są zaangażowani między innymi Deathstroke, Deadshot, Pingwin czy Killer Croc, zaś lista ciągnie się jeszcze przez przynajmniej drugie tyle mniej lub bardziej popularnych postaci z uniwersum DC Comics.

Co więcej, nie brakuje w tej historii zwrotów akcji, choć – niestety – część z nich została zdradzona… grafikami promocyjnymi. A wielka to szkoda. Choć, oczywiście, spodziewałem się tego, jak potoczą się sprawy, to brak potwierdzenia moich spekulacji na długo przed premierą byłby jednak mile widziany.

Wielkie wrażenie na mnie wywarł sposób, w jaki fabuła została dostosowana do dalszych wydarzeń, które miały miejsce w Arkham Asylum. Jak wskazuje tytuł, Origins to preludium do historii, którą już dobrze znamy. Za każdym razem, kiedy któryś szczegół wzbudzał moją wątpliwość, twórcy szybko dawali mi prztyczka w geekowski nos, pokazując, że co jak co, ale o takich detalach pomyśleli z wyprzedzeniem.

Jako się wcześniej rzekło, scenariusz bryluje nie tylko w zakresie głównego wątku, ale też w kontekście reszty treści. Ba, powiedziałbym nawet, że to misji poboczne i różnej maści smaczki są trochę lepsze od samego prowadzenia historii. Zadania dodatkowe są liczne i wieloetapowe, zaś radzenie sobie z nimi daje wymierne korzyści. Do tego dochodzą zagadki Enigmy – które, ze względu na prequelowy charakter gry, zagadkami de facto jeszcze nie są. Zaś wisienką na szczycie tortu są świetnie prowadzone relacje z komisarzem Gordonem i Alfredem. Origins to nie tylko wstęp do historii z Asylum i City, ale też opowieść o formowaniu się przyjaźni i sojuszy.

Niestety, po zakończeniu kolejnej przygody w Gotham miałem wrażenie, że twórcy mimo wszystko nie uniknęli pewnych… dziwności. O nich jednak szerzej możecie przeczytać w samym finale tego tekstu, gdyż są to już rozważania bogate w spoilery, których nie chciałem umieszczać we właściwej części recenzji.

Trzeba tu jeszcze poruszyć kwestię samego Gotham. Choć mi to pierwotnie nie przyszło do głowy, sprawa wzbudziła relatywnie dużo kontrowersji. Otóż, miasto jest kompletnie puste. Mój odruch był mniej więcej taki: jasne, że jest puste, przecież to seria o Batmanie. Trzeba tu jednak uczciwie przyznać, iż… faktycznie jest coś na rzeczy. Poprzednie odsłony rozgrywały się miejscach odseparowanych od społeczeństwa. Tym razem zaś biegamy po normalnej, zamieszkanej części metropolii. I wytłumaczenia takie, jak “jest godzina policyjna” i “mieszkańcy Gotham posłuchali się władz i zostali w domach”, to po prostu taniocha. O ile kompletnie mi to nie przeszkadzało w rozgrywce, to ewidentnie widzę tu zmarnowany potencjał.

Arkham City było wyraźną ewolucją w stosunku do Asylum (która nie musiała się wszystkim podobać, ale to oddzielna sprawa). Natomiast Origins niby chce się rozwinąć… ale jednak nie do końca. Poszerza teren gry w stosunku do poprzedniej odsłony i przenosi zabawę do otwartego miasta, tylko po to, by skopiować schemat z Arkham City. A tu właśnie było miejsce na ciekawe rozwiązania – poruszanie się niezauważonym nad głowami przechodniów, ratowanie dam w opresji, ba, może jakaś ciekawa scena w Crime Alley. A tak? Mamy miasto duchów i brak uzasadnienia. Tak jak napisałem, mi to podczas rozgrywki o dziwo nie przeszkadzało. Ale zgadzam się, że jest to pójście na łatwiznę i pominięcie ciekawego sposobu na prawdziwą ewolucję tej serii.

Lepsze wrogiem dobrego…

…choć wypadałoby napisać, że wszystko jest wrogiem perfekcji. A taki właśnie był system walki w poprzednich odsłonach serii: perfekcyjny. Nie, przepraszam: PER-FEK-CYJ-NY. Był tak dobry, że zasługuje na to, by go internetowo wykrzyczeć i przesylabizować. Dlatego też nigdy nie zrozumiem, czemu komukolwiek mogło przyjść do głowy grzebanie przy czymś tak dopracowanym, co wymagało tylko skopiowania. Podkreślmy tu, że grę tworzyło Warner Bros., a nie, ponownie, Rocksteady, czyli za tuning brały się osoby, które system znały niejako “z widzenia”. Zarówno w Asylum jak i City, po dopracowaniu techniki, nie miałem problemu, by dowolną walkę wygrać bez zadrapania. I nie znaczy to, że starcia były łatwe. A w Origins… coś się rozjeżdża.

Batman bardzo często wyprowadza w ciosy powietrze – mimo że wróg jest jak najbardziej w zasięgu czy to ręki, czy to kolana – i tym samym przerywa kombinację. A chyba każdy z fanów serii Arkham wie, że przerwanie kombinacji na ogół oznacza kosę w plecy, strzał beczką w głowę, perforację ołowiem albo masaż stalowym prętem. Ten sam problem pojawia się często przy próbie dobicia przeciwnika leżącego na ziemi – po prostu co drugi raz kombinacja lubi nie wejść i już. Zaś moim prywatnym utrapieniem były kontry, z którymi nigdy nie miałem problemu, a które strasznie często mi się nie udawały w Origins. Nie mam pojęcia, co się zmieniło, i nie potrafię tego wytłumaczyć. Ale użyte wcześniej określenie, że system się “rozjeżdża”, pasuje tu chyba najbardziej.
Trzeba tu przyznać, że twórcy chcieli w sensowny sposób powiększyć wachlarz przeciwników. Dodali niejakiego mistrza walki, który – jako jedyny – potrafi kontrować ciosy Batmana. Niestety, ta innowacja zderza się ze ścianą tego, co opisałem powyżej. System kontr stał się cokolwiek nieprzyjemny, zaś w grze pojawił się oprych, który co do zasady właśnie kontruje i sam też wymaga dodatkowego kontrowania. I to często wielokrotnego. Był to kolejny czynnik, który sprawił, że… nie chciało mi się nawet za bardzo brać za wyzwania, które w poprzednich odsłonach miałem rozpracowane w 100%.

Muszę tu dodać, że… nie wiedziałem, czy w ogóle poruszać kwestię walki w tym tekście. Czemu, skoro tak narzekam? Otóż, wszystko to, co opisałem powyżej, podczas gry robi dosyć niejasne, rozmyte wrażenie. Nie wiedziałem, czy to faktycznie problem gry, czy może jednak ze mną jest coś nie tak. Asylum ograłem na Xboxie i PeCecie, City już tylko na PeCecie. Może wszystko było tak samo, tylko mi dużo gorzej szło na DualShocku? To też jeden z powodów, dla których ten tekst tak długo powstawał – czekałem na opinie innych graczy, by móc zweryfikować swoje wrażenia i przekuć je w coś bardziej pewnego niż tylko “wydaje mi się”. Efekt jest taki, że po konfrontacji poglądów na temat mano-a-mano w Arkham Origins mogę powiedzieć, iż… z systemem walki jest coś nie tak, Warner Bros poważnie go pogorszyło, próbując poprawiać doskonałość.

Mroczny Rycerz Laguje

Mam problem wybaczyć grzebanie przy systemie walki, ale, mimo problemów z nim, okładanie wrogów po facjatach nadal dawało mi frajdę. Nawet z tymi negatywnymi zmianami Arkham Origins byłoby grą po prostu dobrą, a może i bardzo dobrą. Tu dochodzimy jednak do kwestii, którą przebaczyć się chyba po prostu nie da. Otóż, tytuł został wydany… niekompletny, niegotowy, zaś twórcy się nawet ostatnio do tego przyznali i przeprosili (tyle dobrego). W pierwotnej wersji gry, która zresztą – w chwili pisania tych słów – nadal nie jest naprawiona pojawiało się tyle błędów, bugów i glitchy, że rozgrywka potrafiła być albo bardzo utrudniona… albo w ogóle niemożliwa.

Myślałem, że mam pecha, ponieważ Origins regularnie zawieszał mi konsolę. A jeśli nie zawieszał, to tak zwalniał, że jakiekolwiek kontynuowanie zabawy było niemożliwe. Zaś gdy odpalałem z powrotem konsolę, okazywało się, że… mam częściowo uszkodzonego save’a. Dwukrotnie zablokowała mi się możliwość kontynuowania wątku pobocznego. Oczywiście, bez jakiejkolwiek możliwości cofnięcia się w czasie czy ponownego zaczęcia zadania. Okazało się jednak, że i tak graczem jestem dosyć szczęśliwym, gdyż inni fani Mrocznego Rycerza tracili save’y w sposób ostateczny, nie mogli kontynuować wątku głównego, albo wypadali poza mapę czy grzęźli w jednym z pomieszczeń na stałe.

W Arkham Asylum grałem jeszcze przed premierą – był to produkt dopracowany w najmniejszych detalach. W przypadku Arkham City takiej pewności już nie mam, gdyż tytuł ów nadrabiałem długo po premierze, więc twórcy mieli dużo czasu na poprawienie bugów (choć z relacji innych graczy wnioskuję, że Miasto Arkham nie miało większych problemów technicznych). Natomiast Origins… Cóż, w dniu premiery była to średnio grywalna, późna beta o subtelnym charakterze cegły typu pustak.
Do tego dochodzą różne takie bzdurki – czasem chyba błędy, czasem po prostu dziwne pomysły. Dosyć często jest tak, że Batman nie może się złapać jakiegoś gzymsu, by przedłużyć szybowanie. Bo tak, bez większego powodu. A po drugie… jest w grze kilka takich cudnych sytuacji, w których Mroczny Rycerz nie przejdzie przez drzwi, ponieważ – na przykład – nie ma odpowiedniego kodu do swojego BatHakera. Sęk w tym, że owe drzwi potrafią być… drewniane i przeszklone. I zamiast kulturalnie “zajechać w tryby”, Bruce szuka jakiejś wyszukanej drogi w celu pacyfistycznego obejścia tego problemu. Niby szczegóły, ale przy odpowiednio wysokim stężeniu potrafią trochę drażnić.

Czy Mroczny Rycerz powstanie?

Mimo wszystkich przykrych przygód z najnowszą odsłoną batmańskiej serii i ogólnego żalu do twórców… chciałbym kiedyś wrócić do wigilijnego Gotham. To jest dobra gra z wielkim potencjałem, który został, jak na razie, w dużej mierze zmarnowany niepotrzebnym tuningowaniem perfekcji i wydawaniem niegotowego produktu. Ale to nadal Arkham. Co prawda nie genialne, ale jednak dobre – ciekawe i wciągające. Przez wspomniane wyżej glitche i bugi nie udało mi się ukończyć części wątków pobocznych, zebrałem też tylko ok. 40% przedmiotów Enigmy, więc zabawy zostało jeszcze dużo. Pierwotnie chciałem nawet zakupić season passa, by na bieżąco cieszyć się kolejnymi dodatkami. Plany się jednak zmieniły i czekam na wersję typu GOTY. Liczę na to, że do tego czasu twórcy uczciwie odpracują utracone zaufanie graczy. Mam w zwyczaju rozpracowywanie gier o Batmanie na 100% i nie chciałbym, żeby Origins było tytułem, którego nie poznałem w najdrobniejszych szczegółach.

Post Scriptum Multiplayerowe

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co zrobić z kwestią trybu dla wielu graczy w tej recenzji. Miałem uczucie, że pasuje ona do tego materiału jak pięść do nosa. I jest tak chyba dlatego, że… sam multiplayer w podobnym stopniu przystaje do samej gry. Czyli w ogóle. Nie cierpię dodawania na siłę wieloosobowych trybów do produkcji, które są ewidentnie nastawione na poznawanie fabuły i rozpracowywanie kolejnych wyzwań.

Multi do Arkham Origins jest mniej więcej tak istotne, jak kampania dla pojedynczego gracza w kolejnych odsłonach Call of Duty. Nie po to kupuję Zew Powinności, by przejść single’a w cztery godziny. Robię to, by dostawać łomot od gimnazjalistów-snajperów. I tak samo nie po to kupuję Batmana, by później czekać w kolejce na jakiś serwer.

Czemu więc marudzę, skoro mnie ten tryb w ogóle nie interesuje? Otóż… są to środki, które mogły zostać przeznaczone na dłuższą kampanię, na lepszy beta-testing, na ogólne poszerzenie zawartości przygotowanej z myślą o jednym graczu.

A co dostaliśmy za te, według mnie, zmarnowane pieniądze? Cóż, sam pomysł w swych założeniach jest całkiem ciekawy, przyznaję. Dwie grupy – po trzech zbirów każda – walczą o terytorium w stylu a la Battlefield. Ale! Równocześnie na danym obszarze grasuje para bohaterów, którzy, przez utrudnianie życia zbirom, sami dążą do realizacji swojego celu niezbędnego do wygranej. O ile idea jest całkiem świeża, wykonanie jest już po prostu przeciętne. Seria Arkham nigdy nie miała modułu strzelania TPP, gdyż nie był on potrzebny. Efektem tego jest niestety niemożebnie sztywne sterowanie zwykłymi zakapiorami, zaś samo celowanie i perforowanie ołowiem w niczym nie przekracza tego, co widujemy na ogół w budżetowych shooterach.

Co więcej, samo multi ma zupełnie oddzielny wachlarz własnych bugów, które często godzą w podstawowe założenia całego trybu. Dla przykładu – Batman nie powinien móc wykonać niektórych “ciosów kończących”, jeśli zostanie wystarczająco szybko zauważony, a zbir obróci się w jego stronę. Cóż, obracałem się, strzelałem, a Bruce Wayne nadal spuszczał mi łomot. Największym jednak problemem – poza ogólną przeciętnością całego doznania – jest fatalny matchmaking. Czas oczekiwania na rozgrywkę często wynosi od 30 do 40 minut, zaś w trakcie “zabawy” i tak może nas czekać rozłączenie z hostem. I kolejne pół godziny czekania. Co więcej, gra może się rozpocząć tylko wtedy, gdy w lobby jest… ośmiu na ośmiu graczy, czyli pełny serwer. A że mało kto gra, często wpatrujemy się w ekran z jednym brakującym zawodnikiem i modlimy się, by w końcu ktoś się dołączył.

Niestety, tak jak większość graczy się spodziewała, multiplayer w Arkham Origins to, jak na razie, kompletnie zbędny dodatek. I to dodatek marnujący środki, które można było znacznie lepiej wykorzystać.

Post Scriptum Fabularne

Ze scenariuszem mam dosyć specyficzny problem… Pomyślałem jednak, że omówienie go wymaga zbyt wielu spoilerów, dlatego zostawiłem sobie tę kwestię na deser. Otóż, jako się rzekło – fabuła jest naprawdę przyjemna, zaś dialogi z Alfredem i Gordonem po prostu świetne. Sęk w tym, że… ja nie rozumiem intrygi, jako całości.

Spójrzmy na to po kolei. Batman operuje w Gotham od około dwóch lat (już nie pamiętam, skąd wytrzasnąłem akurat taki okres, ale zdaje się, że jest to potwierdzona informacja). Mimo dosyć długiego, jakby się wydawało, czasu… mało kto w jego istnienie wierzy. Zaś przedstawiciele prawa jakoś szczególnie nie przyjmują tego faktu do wiadomości. Skoro więc Wayne z Gotham w wersji trykotowej jest uważany za miejską legendę, to… czemu Czarna Maska wystawia nagrodę za jego głowę w wysokości 50 milionów zielonych? OK, rozumiem, że przestępczy światek mógł boleśniej odczuć na swojej skórze poczynania zamaskowanego mściciela, ale… jak sami widzicie, to wytłumaczenie jest szyte dosyć grubą nicią.

Dalej (i tu zaczynają się największe spoilery): jak się szybko okazuje, Czarną Maską jest w rzeczywistości Joker. Joker, który pierwszy raz na oczy widzi Batmana. Więc ponownie – skąd pomysł na taką wysoką nagrodę? Joker aż tak panicznie potrzebował przykrywki dla swojego dosyć rozmytego planu, że postanowił wynająć płatnych zabójców w celu upolowania postaci, w którą i tak mało kto wierzy? W jaki sposób miało to, na przykład, odwrócić uwagę policji od jego działań? Przy czym zaznaczę tu, że – pomijając ten słaby element – dalsza relacja śmieszka z człowiekiem nietoperzem jest poprowadzona wyśmienicie. Mimo tego jednak te, nazwijmy to, detale nie dają mi spokoju.

Cały koncept sypie się trochę też w innych aspektach. Jakoś trudno było mi przegryźć ideę, że po dwóch latach działalności Batman wie praktycznie wszystko o poszczególnych zabójcach, którzy zostali na niego nasłani, ale akurat o istnieniu Jokera nie miał zielonego pojęcia. Zabrakło tu jakiegoś fabularnego stonowania tego kontrastu. Mam uczucie, że lepiej by było, gdyby część morderców była większymi niewiadomymi dla Mrocznego Rycerza – całość zyskałaby zdecydowanie na wiarygodności.

Choć scenariusz w Arkham City też był dosyć specyficzny, jakoś nie wzbudzał u mnie tak silnych wątpliwości. Natomiast grając w Origins miałem ciągle uczucie, że podoba mi się pomysł na intrygę, ale wykonanie jest już dziwnie niespójne i niezbyt dopracowane. I, przy okazji, jest to też kwestia, w przypadku której bardzo ciekawią mnie Wasze wrażenia. Jeśli tylko macie się ochotę podzielić refleksjami na temat scenariusza Arkham Origins (i wszystkich innych elementów, rzecz jasna, również), zapraszam i zachęcam do komentowania.

komentarze 32

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

  • To tak jak napisać pod adresem którejś części GTA, że to “sympatyczna
    gra gangsterska, z którą się całkiem przyjemnie spędza czas”. Hmm… Ja właśnie dokładnie tak oceniam GTA 😛 Co do Gacka to najgorsza dla mnie jest utrata dynamiki rozgrywki względem poprzednich części. Na bugi miałem szczęście nie natrafić, ale zmiany w mechanice nie wyszły grze na dobre. O ile w poprzednich częściach w zasadzie każdy element ekwipunku przydawał się w walce to teraz jedyne z czego korzystałem to batrang i granaty klejowe. Strasznie mi szkoda tej gry, bo miałem wysokie oczekiwania i teraz odczuwam taką lekką pustkę.

    • To jakbyś jeszcze następne zdanie przeczytał: “Ponownie: to po prostu za mało, żeby usatysfakcjonować miłośnika serii.” – najwyraźniej nie jesteś miłośnikiem serii. ;]
      Z granatów klejowych jakoś w ogóle nie korzystałem, batarang mi strasznie często nie trafiał i go, niestety, olałem. U mnie było głównie ogłuszenie peleryną i rozwałka plus kontrowanie (jak się udawało). Zresztą, jak się odblokowało te rękawice elektryczne, to gra i tak się już sama przechodziła…

      • Byłem fanem serii do San Andreas 😉 Co do rękawic to mam mieszane uczucia. Niby przywracały płynność gry, ale w zły sposób. To dla mnie było już jak cheatowanie.

          • Strasznie mnie zawiodły teraz zagadki Riddlera. O ile w poprzednich częściach to one zajmowały mi najwięcej czasu i dawały zabawy to teraz w ogóle je olałem. No i brak znajdowania smaczków dotyczących różnych postaci z DC na wzór poprzedniej części mi doskwierał. To była chyba jedyna gra w której próbowałem znaleźć i wykonać wszystko co się dało. A tutaj wykonałem tylko główny wątek.

          • Smaczki były i to w sumie całkiem sporo, tylko że, niestety, nie w tej postaci, co wcześniej – czyli nie było tych fajnych zagadek ze skanowaniem obiektów.
            Resztę przedmiotów musiałem niestety odpuścić, ponieważ gra mi się zawieszała. Dlatego tylko do 40% doszedłem. BTW, mam ochotę znowu przejść Asylum i wbić platynę na PS3. :]

          • Być to były, ale bez skanowania po prostu się je olewało.
            Też niefajnie, że jeszcze patche nie wyszły naprawiające chociaż część błędów w grze. Chyba, że dzisiaj coś wyszło, bo nie odpalałem.
            Hmm…Asylum wydaje się bardzo łatwe na platynę 🙂

          • Jest łatwe. :] W sumie wystarczy od razu odpalić na hardzie, po skończeniu gry zebrać brakujące zagadki i, na deser, zrobić wyzwania. :]
            I tak, też chciałbym, żeby te błędy poprawili… Tak jak pisałem – jak wyjdzie jakieś GOTY, to się zastanowię nad ponownym zakupem (wtedy już pewnie używki).

  • Recenzja idealnie wpasowująca się w moje odczucia odnośnie gry. Wymienialiśmy już wcześniej poglądy na temat gry i to też zostało oddane w recenzji. Teraz, gdy wyszedł pierwszy poważny patch i wreszcie zrobiłem wszystkie zadania fabularne i poboczne, zdobyłem wszystkie dyski Enigmy (brakuje mi tylko wyzwań, za które nie mam siły się brać, i paru stron pamiętnika Cyrusa Pinkneya), mogę wydać ostateczny wyrok. A ten nie różni się od tego w Twojej recenzji. Gra jest dobra, scenariusz mimo luk trzyma poziom, a system walki mimo, że jest odczuwalnie gorszy, dalej potrafi sprawić przyjemność. Gadżety w większości są nieprzydatne. Rozwalił mnie pomysł, że rzucając ładunek kleju na wodę stworzymy tratwę. Śmieszy trochę puste miasto w Wigilijny wieczór. Miałem nadzieję na przemykanie po dachach tak, by mieszkańcy nie mogli zobaczyć Batmana. Zabójcy zostali świetnie dobrani, szkoda tylko, że nie wszystkie walki z nimi są tak wymagające i angażujące jak powinny być. Śmieszy też to, że Batman według twórców spotyka się z nimi po raz pierwszy, a wystarczy tylko żeby zerknął do Batkomputera i już ma wszystkie ich dane, słabości i silne strony. Gra jest dobra, ale słowo “dobra” jest tutaj kluczem. Poprzednie były świetne. Ta niestety jest wtórna, a niektóre elementy są po prostu gorsze. Mam wrażenie, że gdyby Rocksteady ją robiło wyszłoby coś o wiele lepszego, i najważniejsze dopracowanego w chwili premiery. Więc pozostaje tylko czekać na zapowiedź trzeciej części Arkham i powrotu Kevina Conroya 🙂

    • Widzisz, między innymi dzięki Twojej opinii na temat walki dużo łatwiej mi się ten tekst pisało. :]
      Tak jak pisałem w tekście, jakoś nie odczytałem w trakcie gry tego pustego miasta jako minusa. Ale jak sobie pomyślałem, jaki to zmarnowany potencjał, to aż mi się smutno zrobiło. Tak jak sam napisałeś – to pomykanie po dachach, żeby nie być zauważonym. Tak sobie wyobraziłem, jak Batman siedzi na gargulcu, pada śnieg, a pod nim kłębią się ludzie z zakupami, śpieszący do domu na rodzinny obiad.. To by było coś!

      • Rzeczywiście, mi też puste miasto, w którym na ulicach w Wigilię są tylko złoczyńcy i gliniarze absolutnie nie przeszkadzało. Ale widząc oczyma wyobraźni, jak by to mogło wyglądać gdyby w mieście byli cywile, widzę zmarnowany potencjał. Batman przemykający po dachach nagle słyszy dziecko krzyczące do matki: “Mamo, widziałem coś tam na dachu” 🙂

        • Albo taka scena: Batman słyszy krzyk kobiety, która leży skulona w kącie, przy jakimś śmietniku, a nad nią stoi niedoszły gwałciciel. Bruce wskakuje na najbliższy gzyms, zwiesza się na oprycha i zostawia go do góry nogami, a kobieta nawet nie wie komu podziękować. Tu była masa miejsca na takie klimatyczne rozwiązania. :-]

  • SPOJLERY SPOJLERY SPOJLERY SPOJLERY SPOJLERY
    Co do fabularnego Post Scriptum to :
    1.
    Batman w komiksach też był uważany za legendę nawet dłużej niż 2 lata
    (były tylko nieliczne zdjęcia.. ). Policja nie przyznaje się do
    samozwańczego mściciela ponieważ nie chcę kolejnych Zakapturzonych
    stróżów prawa w mieście. Więc pisanie ze cała sprawa pisana jest grubymy
    nićmi jest trochę nie na miejscu
    2.
    Joker nie widzi pierwszy raz Batmana (przecież to on goniąc go w
    fabryce chemikali spowodował jego “przemianę” w Jokera) Więc Joker
    wiedział o Batku i obserwował go od momentu incydentu
    3.
    Co do zabójców to Bruce ma dane o nich z policyjnych kartotek itd ( ja
    tak to odebrałem) z resztą to nie był pan lub pani kowalska żeby nic o
    nich wcześniej nie słyszeć ;P
    Do reszty recki nie mam zastrzeżeń ; ):P

    • Miałem nadzieję, że dziś odpiszę, ale… zostawiam sobie Twój komentarz na jutro. Miałem dziś heblowanie zęba i z kojarzeniem mam delikatne problemy. ;] Tym większe dzięki, że wrzuciłeś komentarz tutaj, ponieważ mam cały czas przypomnienie na mailu, żeby odpisać. Nie zgubi się. :-]

    • Ad.1.
      Ja nie tyle mam problem z tym, że policja uważa Batmana za legendę. Mam problem z tym połączeniem, że dla dla wszystkich poza bandziorami Batman to legenda. Nie współgra mi to z gigantyczną nagrodą nałożoną na jego głowę. Jakoś tak… jakby twórcy mieli dwa równoległe pomysły. Pierwszy, że w Batmana jeszcze prawie nikt nie wierze. I drugi, że tak się dał we znaki światkowi przestępczemu, że za jego śmierć jest pokaźna nagroda.
      Ad.2:
      Właśnie tu miałem problem. Z jednej strony strasznie podobały mi się sceny, w których Joker leżał na kozetce i się zwierzał przyszłej Harley. Z drugiej zaś – cały czas nie byłem pewien, czy on faktycznie widział Batmana w tej fabryce, czy mu się wydawało, że widział? I jakoś nie czułem związku między tą fabryką, a późniejszą fascynacją Jokera faktem, że Batman wyskoczył za nim przez okno.
      Wszystkie te motywy bardzo mi się podobały w oderwaniu od siebie. Tylko jako całość coś mi w nich nie grało.
      Ad.3:
      W tym zakresie chyba ogólnie brakowało mi takich efektów “świeżości”. Fajnie by było, gdyby Batman częściej był zaskoczony tym, kogo spotyka. ;] Choć w tym zakresie bardzo mi się podobało, jak poznawał tajemnice Bane’a i jak to wszystko ładnie grało z Asylum.

      • 1. Weź tylko pod uwagę że to Joker daje hajs za głowę batka i robi to głównie dla jaj ;P. O batku wiedzą gangsterzy ( ci pomniejsi i dialogi typu : ” Mówiłem CI ze istnieje” itd ). Batman działa juz tam 2 lata więc na pewno wyrządził jakieś tam szkody i głowy rodzin mafijnych oraz szefowie organizacji muszą brać jego pod uwagę

      • 1. O batku wiedzą gangsterzy ( ci pomniejsi i dialogi
        typu : ” Mówiłem CI ze istnieje” itd ). Batman działa juz tam 2 lata
        więc na pewno wyrządził jakieś tam szkody i głowy rodzin mafijnych oraz
        szefowie organizacji muszą brać jego pod uwagę. Na pewno dostawali relacje od swoich podwładnych kto ich zatrzyamł itd. Więc hajs za głowę batka wydaje się normalnym posunięciem. Nalezy też zauważyc ze to Joker jest pomysłodawcą nagrody i można to rozumieć jako “żart” lub jego własną vendettę za los który go spotkał.
        3. Był zaskoczony jak spotkał się z Killer Crockiem :P. Był tam dialog typu “nie uwierzysz alfredzie ze spotkałem człowieka który wyglądał jak Krokodyl” (czy coś w tym stylu 😛 )
        2. Wracając do Sytuacji w fabryce to jeśli chcesz bardziej zrozumieć dlaczego joker widział tak batka i dlaczego przez strach postać batka była tak zniekształcona to radzę ci przeczytać komiks :
        THE JOKER Matthew Manning (moim zdaniem najlepsza historia z Jokerem)
        Mam nadzieje ze ma to sens jestem lekko wcięty i teraz wydaje mi się to ok ale rano jak wytrzeźwieje może to już nie mieć tyle sensu : P

  • Zgadzam się ze zgrzytami w walce i praktycznie z całą recenzją, multi tylko jeszcze nie próbowałem. Miłość do Batmana i tej seriijest jednak zbyt silna, dla mnie, mimo wad i pierdół, o których piszesz , to dla mnie gra na 9.

    • …czyli wszyscy odczuwają tę walkę w ten sposób. :] Dobrze wiedzieć. A dziwi mnie to o tyle, że w bardzo wielu recenzjach nie było o tym ani słowa. I jestem ciekawy, z czego to dokładnie wynikało.
      A Twoją ocenę… rozumiem. Zresztą sam bym chyba 8/10 mimo wszystko postawił. :]

  • Jestem jeszcze w trakcie rozgrywki dlatego pominąłem część spoilerową, ale też już sobie niejaką opinię wyrobiłem. Główny wątek póki co jest dla mnie jedyną zaletą tej gry – całkiem przyjemnie jest słuchać młodszej i niejako głupszej wersji Bruce’a, poznawać Jokera od zera, interakcje z Alfredem i Gordonem – to mi się się naprawdę podoba.
    Natomiast wątki poboczne to jak dla mnie kalki misji z poprzednich części. Enigma jak to on – rozrzuca fanty do zebrania, Kapelusznik – w każdej części jest misja dziejąca się w wyimaginowanym świecie (ta z Asylum jak dla mnie póki co najlepsza), rozwalanie pojemników z toksynami, przejmowanie skradzionego wojskowego sprzętu, zapobieganie rozbojom etc. – to wszystko już było. Całkiem przyjemnie sobie odświeżyć te misje w nowej odsłonie, ale bardziej to wygląda jak mod niż kolejna pełna odsłona gry.
    To, co mnie boli najbardziej to oczywiście sterowanie. Najzwyczajniej w świecie je spieprzyli. W City w zasadzie mogłem całą mapę przelecieć na akceleratorze, a tutaj co chwila spadam bo system nie wyłapuje krawędzi do chwytania hakiem. Siedzę na gargulcu i nie mogę przeskoczyć na sąsiedni dopóki nie pomacham przed nim celownikiem. I to co pisałeś o walkach. Tłukę, tłukę, a tu nagle klops – kontra nie zadziałała.
    Wypowiem się jeszcze o grafice, bo to jest coś, czego nie rozumiem. City działało mi na ultra detalach i wyglądało miodnie. Origins oczywiście na ultra detalach nie działa (no, działa, dopóki czerwone pasy nie zjadają tła 😉 ), ale to, co udaje mi się wyciągnąć na moim sprzęcie jest gorsze od tego, co udało mi się zrobić z City. Nie wiem z czego to wynika, ale jest to ewidentny krok wstecz.

    • Co do słuchania młodszej obsady – nie uważasz, że Nie-Conroy i Nie-Hamill naprawdę dobrze dali radę? Nie mogłem się do niczego przyczepić, a gdyby nie wrzawa przed premierą, to bym chyba nawet nie odnotował zmiany obsady.
      Zadania poboczne – sam uważam je za zaletę gry, gdyż… podobały mi się w City, podobają mi się więc i tu. Ale zgadzam się, że to kolejna kalka. Na swój sposób rozbawiło mnie, że skoro w City była jedna misja z jakimiś pojemnikami do zniszczenia, to tu będą trzy (narkotyki Maski, broń Pingwina i… chyba jeszcze coś, nie?).
      O grafice nic nie mam więcej do powiedzenia, gdyż grałem na PS3. Ale co do City – cholera, jaka ta gra była ładna na PeCecie. Grałem trochę poniżej ultra, ponieważ przy absolutnym maksie czasem jednak spadało do ok. 20 FPS-ów. City wyglądało nieziemsko.

      • Obsada bardzo udana, Nowy Joker świetnie sobie radzi – jakbym nie wiedział to bym się nie zorientował, że to już nie Luke ;).
        Za to Batmana wolałem poprzedniego, ale ten też bardzo dobrze się spisuje.

        • Ja tylko momentami czułem, że brakuje flow w niektórych wypowiedziach. Hamil miał do tego taką… lekkość. :]
          Ale nowy Batman też się broni według mnie, w szczególności, że mamy tu do czynienia z młodszą wersją. :]

      • Roger Craig Smith jako Batman dał radę, naprawdę brzmi jak młodszy Conroy, jeśli to on ma go zastąpić w dalekiej przyszłości to jestem za 😀
        Ale Troy Baker jako Joker? Daaaaaleku mu do Hamila, oj daleko. Lepiej gdyby został przy Two Face albo Nightwingu z Injustice 😉

        • Ja właśnie nie czułem, że odtwórcy Jokera było tak daleko do ideału .Czułem momentami, że gdzieś w niektórych kwestiach brakowało tego cudownego flow, które ma Hamil, ale… przy tym, jak trudne zadanie miał przed sobą, uważam, że się obronił. :]
          A zastępca Conroya – naprawdę OK, pasował do młodszego Batmana.

          • Ezio Auditore da Gotham. 🙂
            Podziwiam zdolności wokalne faceta – wpierw go nie poznałem.

          • Kiedy się dowiedziałem, że to jeden i ten sam aktor podkłada głos pod te dwie postaci, to miałem problem uwierzyć.

  • Ale przecież motywacją Jokera było zabicie Batmana za ten incydent w fabryce chemikaliów…tak twierdzi cutscenka retrospektywna przynajmniej.
    Gra nawet niezła, w tym fabularnie. Najbardziej zabolały mnie głupie reakcje dwóch postaci – Alfred najpierw wybucha na Bruce’a, że ryzykuje życie swoje i innych, po czym po przywróceniu go do życia defibrylatorem jest już spoko i ok. Ja tam bym to wykorzystał jako dowód że miałem rację i wydarł się jeszcze głośniej.
    No i Gordon, który na każdą zaoferowaną pomoc wybucha i robi na opak, bo on jest policjantem, a ty deklem w rajtuzach.
    Super.

    • “Ale przecież motywacją Jokera było zabicie Batmana za ten incydent w fabryce chemikaliów…tak twierdzi cutscenka retrospektywna przynajmniej.”
      Ja, szczerze mówiąc, nawet po tej cutscence miałem pewne wątpliwości. Widzę, że wszyscy to tak interpretują, jak Ty, więc też się tego trzymam i mi to odpowiada. Tylko że uważam, iż ten scenariusz został tak… nie do końca rozpisany. Skoro Joker się mścił za tamte wydarzenia, brakowało mi jakichś zabaw słowami w jego wypowiedziach, jakiś szalonych aluzji etc.
      Z Gordonem mi to akurat kompletnie nie przeszkadzało, gdyż miał mocno związane ręce. Plus: sytuacja została ładnie poprowadzona.
      A z tym Alfredem… no zgadzam się, no. ;]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze

%d bloggers like this: