Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Allah 2, Mieszko Zagańczyk – recenzja

A

Zastanawialiście się kiedyś, jak Internet będzie wyglądał za parę lat? Może dalej będziemy korzystali z ukochanej przez wszystkich użytkowników przeglądarki Microsoftu? A może… po prostu będziemy się w sieci zanurzać? Takie korzystanie z wirtualnej rzeczywistości na pewno byłoby kuszące. I zapewne dosyć groźne – przynajmniej dla początkujących. Tego samego zdania był najwyraźniej Mieszko Zagańczyk, gdy siadał do pisania swojej pierwszej powieści – “Allaha 2.0”.

Zak jest hakerem. I to całkiem niezłym hakerem, choć niektórzy mówią, że jest wręcz… najlepszy na świecie. W końcu jako pierwszy złamał najgroźniejsze zabezpieczenia jednaj z multikorporacji i wykradł z niej dane. Fakt, że były one nieistotne, a sam włam był w dużej mierze dziełem przypadku i szczęścia, został już przemilczany. Za to jeszcze szerszym echem odbiło się po sieci to, co spotkało Zaka – trafił do więzienia korporacji Pao, utworzonego w Nowym Hongkongu na… Grenlandii. Po półrocznej odsiadce w karcerze uśmiechnęło się do niego szczęście. Ponownie. Dostał propozycję nie do odrzucenia – jeśli pójdzie na współpracę z żoną członka zarządu, odzyska wolność. Zadanie jest proste. Musi “jedynie” odzyskać dłoń pewnego świętego. Dłoń Jana Pawła II.

Jak widać, zarówno świat, jak i fabuła są nieźle pogmatwane i zakręcone. Przez kilkanaście dobrych stron trzeba się przyzwyczaić do uniwersum, które wykreował Mieszko Zagańczyk. Oto państwa praktycznie przestały istnieć – na ich miejscu pojawiły się multikorporacje. Kiedyś General Motors, teraz – na przykład – Republika General Motors. Oczywiście, wraz ze światem, bardzo wyewoluował Internet i technologia z nim związana. Przeglądarki – te znane nam dziś – odeszły do lamusa. Teraz zasoby sieci przegląda się całym sobą, zanurzając się w wirtualnej rzeczywistości. Oczywiście, zamiast widzieć matrixowe zera i jedynki, każdy użytkownik tworzy sobie własną wygodną wizualizację. Na przykład XIII-wieczny Damaszek. Z takiej właśnie interpretacji danych korzysta… Allah. A raczej sztuczna inteligencja, która uzyskała samoświadomość i zaczęła podawać za boga. Bardzo szybko to szczególne AI przekształciło się we wroga wszystkich hakerów. W tym również, a może przede wszystkim, Zaka.

Mieszko Zagańczykowi udało się połączyć z niezłą wprawą dwa równoległe światy. Z jednej strony mamy Ziemię w niezbyt odległej przyszłości – dom Zaka. Z drugiej zaś wspomniany Damaszek – dom pewnego Łowcy Demonów, który jest niczym innym, jak zakamuflowanym firewallem. Zgadnijcie, którego hakera weźmie sobie na celownik? No właśnie.

“Allaha 2.0” początkowo połykałem z wielką przyjemnością. Uniwersum mnie zaciekawiło, a sam pomysł na intrygę jest zdawał się całkiem intrygujący. Niestety, mam wrażenie, że Mieszko Zagańczyk w pewnym momencie za bardzo zapędził się w wirtualnych fantazjach, przez co niektóre rozdziały były po prostu ciężkie do przebrnięcia. Za najlepszy przykład posłuży chyba przeniesienie akcji do wirtualnej gry zręcznościowej o…  niejakim Gumowym Rupercie. Zabieg był zapewne najbardziej świadomy, ale, niestety, wyszedł z tego ciężki do przełknięcia infantylny miszmasz. Tak samo powtarzanie niektórych opisów albo wizji stawało się na dłuższą metę męczące. Fakt, na początku zdecydowanie pomagało w zbudowaniu napięcia i atmosfery, ale później już po prostu nużyło.

Mam wrażenie, że gdyby odchudzić “Allaha 2.0” o kilka – moim zdaniem – zbędnych elementów, to powieść byłaby dużo bardziej przystępna dla czytelników. A i wrażenie pozostawiałoby znacznie lepsze – nie miałoby się w pamięci tych dłużyzn. Niestety, w tej sytuacji pracę Mieszko Zagańczyka uważam za wybijającą się ponad przeciętną, ale jednak daleką od aktualnie będących na topie polskich autorów. Z drugiej strony, jest to pisarz, który zdecydowanie dobrze rokuje na przyszłość.

23.05.2007

Skomentuj

Jestem bardzo ciekawy, co masz do powiedzenia! :-]

Tomasz Kozioł (Pop)kultura osobista

Tu mnie znajdziesz:

Najświeższe teksty

Najnowsze komentarze